Początek czyli przednówek 2012-05-25 08:53:40

Coraz mniej ludzi rozumie słowo przednówek. Młodsze pokolenie niemal zupełnie go nie kojarzy. To czas przed nowymi zbiorami, który był dla naszych przodków czasem bardzo trudnym. Kończyły się zapasy żywności z zimy, a nie było jeszcze bogactwa ogrodów, łąk, pól i lasów. Nie było lodówek, chłodni, były za to proste metody na utrwalanie żywności: kiszenie, peklowanie, suszenie, solenie.
Wiele z tych metod przetrwała do dziś. Nie ma zimy bez kiszonej kapusty lub ogórków, dostępnych przez cały rok. Mają w sobie wielką wartość. Mam kilka własnych metod przyrządzania potraw z kiszonej kapusty, a przoduje tu zwykła surówka. Prócz oliwy z oliwek, pieprzu, startych jabłek i marchwi dodaję niewielką ilość chrzanu ze słoika. No i cukier, by złagodził nieco pikantność potrawy. Tak przyrządzona surówka zmienia swój smak – ten tradycyjny, do którego przyzwyczailiśmy się przez lata.
Kapusta kiszona doskonała jest również jako tradycyjna parzybroda – czyli zupa z dużą ilością pieprzu, by naprawdę „parzyła w brodę”. Warto dodać do niej tłustości, na przykład boczku lub innego mięsa. Nie przesadzam z przyprawami – dodaję tylko listek laurowy i ziele angielskie, bo przecież sama kiszona kapusta, dodana pod koniec gotowania, nadaje potrawie wystarczająco atrakcyjny smak. Dobrze komponuje się ze smażoną cebulką. Można podać do niej ziemniaki, ugotowane oddzielnie i utłuczone. Też z cebulką na okrasę.
Nie boję się na przednówku jedzenia tłusto. To czas, kiedy musimy sobie dostarczyć paliwa, a na pewno nie zrobi tego sałata lub niesmaczne o tej porze roku pomidory. Tych nie kupuję w ogóle, gdyż rozpieściłam podniebienie pomidorami z własnej hodowli i te, które pojawiają się w sprzedaży przez całą zimą, to tylko smutne erzace tego, co jest prawdziwym pomidorem.
Na przednówku czeka się na zielone. Nic dziwnego – wiosna to czas, kiedy mamy przedziwną chęć na chlorofil. Trzeba słuchać własnego organizmu, który dyktuje nam swoje apetyty, bo on przeważnie wie najlepiej, czego nam trzeba. O ile nie jest stępiony śmieciowym jedzeniem, jak chipsy, batoniki, ciastka i inne, zupełnie niepotrzebne nam produkty.
Cieszę się, gdy czas zielonego nadchodzi. Na przykład gdy moje łąki za domem zaczynają się pokrywać nieśmiałymi ramionami mleczu, czyli mniszka lekarskiego oraz pokrzywy (MOJEJ CZYTELNICZCE DZIĘKUJĘ ZA ZAMIESZCZONY NA BLOGU PRZEPIS NA ZUPĘ Z POKRZYWY, KTÓRY WYKORZYSTAM W MOJEJ NOWEJ KSIĄŻCE!). Nie można zacząć wiosny bez sałaty z nich. Wystarczy czosnek, oliwa z oliwek i sól, by pobudzić organizm do wiosennego działania.
Zupa z komosy smakuje cudownie. Zajada się z nią przez parę dni, więc przezornie gotuję wielki gar. Lubię ją na obiad, śniadanie i kolację. Lubię grzebać łyżką i wybierać liście komosy o charakterystycznym kształcie. Nie mam poczucia, że jem zupę z chwastów. Wręcz przeciwnie – czuję jedność z moimi przodkami, którzy doceniali szalenie wysokie wartości odżywcze tego, co rosło najpierw. Co pozwalało im przetrwać przednówek w dobrej formie.
Prócz zupy, komosa nadaje się do sałat i duszenia. Zblanszowana z czosnkiem smakuje lepiej od szpinaku. Można z niej robić jarzynkę, można dodać do lasagne lub makaronowego sosu. Można ugotować ją z ziemniakami i po odparowaniu zrobić puree. Będzie zielone, jak po dodaniu pietruszki. Kwiaty komosy są świetne duszone na maśle. Mają smak podobny do brokułów. Znam i takich kucharzy, którzy łodygi komosy podają jak szparagi. Na Kurpiach podawana była kasza z komosą. To danie doskonałe na ciepłą kolację. Coraz częściej zapominamy o kaszach, ale to temat na inne rozważania. Chyba kiedyś skuszę się na takie danie i zaproszę swoje przyjaciółki!
I pomyśleć, że tyle przysmaków można zrobić z poczciwej, znanej od wieków komosy. Prosto znaczy pięknie. Można naprawdę pięknie smakować życie, wypełniając je prostymi potrawami i chwilami.

Tagi: przednówek

skomentuj (0)

Rosołowatość tego świata 2012-05-19 21:13:35

 

Zapachniało, zapyrkało w garze i mam - cudownie złocisty rosół na dwóch rodzajach mięs. Zawsze mówię, że rosół jest podstawą żywienia. Drzemią w nim tajemne siły. Nic dziwnego, że zwany jest żydowską penicyliną. Był dobrym pomysłem na długie wieczory, wzmacniał i uodparniał organizm, a jego jedzenie zwane było wręcz patriotycznym obowiązkiem i micwą (wypełnianiem przykazań). Żydowskie miasteczka nie były bogate. Rosół był więc idealnym daniem dla biedniejszych. Na Śląsku i w Wielkopolsce gotowano rosół z gołębia. W pierwszym przypadku był dobrym antidotum na ciężką pracę w kopalni. Tradycja gołębiego rosołu dotarła również na Kujawy, ale tu zbytnio nie zadomowił się.

Rosół jest dziś magią prostego smaku, zamkniętą w garnku. Od takich właśnie potraw wszystko się przecież zaczęło. Kawałki przypieczonego mięsa, ryba z ogniska, ziemniaki z żaru – to kulinarne powroty do korzeni, do prostego przyrządzania potraw przez pasterzy, chłopów, żniwiarzy, kopaczy. Szczęśliwi ludzie, którzy w prostych smakach odkrywają doskonałą harmonię zmysłów.

Ale zacznijmy od początku.

W sąsiedztwie mego domu w mazurskiej wsi, w której naprawdę kończy się asfalt, mieszka prawdziwa kobieta domowa. Tak mawia czasem o sobie Małgorzata Kalicińska, autorka Domu nad rozlewiskiem i inspirowana jej słowami, podobnie nazwałam sąsiadkę Anię Małyszko. Małgosia jest bowiem kobietą domową u siebie, a Ania jest u nas, czyli na prowincji. Świat potrzebuje takich kobiet, więc pojawiają się od czasu do czasu, jak biedronka czy bławatek. Dobrze, że można Światu ufać w tej kwestii; sam wie najlepiej, jak zaprowadzić wśród ludzi spokój i równowagę.

Ania krząta się ciągle po swoim królestwie – zadbanym mazurskim obejściu, w którego skład wchodzi przede wszystkim charakterystyczny dom, zwany kochówką. Kochówki są do dziś na Mazurach wszechobecne i mają ciekawą historię. W latach trzydziestych ubiegłego wieku powstawały na Prusach Wschodnich niemal identyczne prostokątne nieduże domy dla uboższych warstw społeczeństwa. Nazwę swoją zawdzięczają Erichowi Kochowi, który promował tego typu socjalne budownictwo. Domki przetrwały wojnę i do dziś stoją na ziemiach byłych Prus Wschodnich, tworząc całe osiedla. Lubię te jednolite świadectwa tamtego czasu. Lubię ciepło tych maciupkich domów, niskie i ciasne wnętrza oraz uczucie bliskości z gospodarzami, które zawsze towarzyszy mi podczas wizyt pod kochówkowym dachem. Gdy towarzyszy jeszcze temu domowy posiłek i spokojne wieczorne pogwarki… aż nie chce się wychodzić.

Ania żyje w takim właśnie domu, a gdy wyjdzie na pole za domem, widzi majaczące w oddali, otoczone drzewami inne mazurskie gospodarstwo. To jej ojcowizna, sprzedana wiele lat temu. Z tamtego domu za polami wyszła ku swojej dorosłości i z nowo poślubionym mężem zamieszkała pod jego rodzinnym dachem.

Kocha świat, w którym żyje. Uprawia duży ogród, który żywi przez rok całą rodzinę. Wymyśla różne przetwory i potrawy, którymi zaskakuje swoich najbliższych. Mam to szczęście, że jestem jej sąsiadką, więc i ja bywam kulinarnie zaskakiwana. Wędzonki z przydomowej wędzarni, zmyślnie skonstruowanej przez Stasia, jej męża, nalewki i wina, sporządzane przez cały rok, niezwykle zdrowe pierwsze wiosenne sałatki z rzodkiewkowej naci… te smaki niezmiennie kojarzą mi się z Anią.

Któregoś letniego dnia przyszła do mnie Ania ze swoim wnuczkiem Marcelkiem.  Poczęstowałam ich przygotowaną naprędce fasolką szparagową z własnego ogrodu (jak dobrze mieć zagony za domem!), podaną z przysmażoną na maśle bułką tartą. Gdy najedli się do syta, Ania rzekła:

- A Marcelkowi to ostatnio ugotowałam taki pyszny rosół z wiejskiej kury! Zjadł dwa talerze. Ależ on ma apetyt, gdy jest u nas na wsi!

No i powiedziała to sobie ot tak, od niechcenia, a ja poczułam nagły zawrót zmysłów, bo rosół kojarzy mi się z ogromną zmysłowością, od zasłuchania w jego powolne pyrkanie po dotykalną wręcz błogość, jaką wywołuje jego zapach.

Nie mogłam się oprzeć i od razu pojechałam do miasta na ryneczek, bo  przecież tam kupię najświeższe mięso. Wrzuciłam je do największego, jaki posiadam gara z wodą, nie wrzącą, aby mięso powoli oddawało smak i poszłam do ogrodu po świeże warzywa: pietruszkę, młody por, słodką  marchew i cebulkę, której dodaję dużo, bo jedną na litr rosołu.

Cebulki przypiekłam na ogniu, zbrązowiała i swoim aromatem nasyciła cały dom. Wdychając zapach, zastanawiałam się, dlaczego odświeżacze powietrza mają tylko kwiatowe, morskie lub inne niejadalne zapachy. A gdyby tak zapach wiejskiego rosołku?

Wyklarowałam wywar aż do złotej szklistości. Trzeba się przy tym natrudzić i nastać przy garnku. Czuję się jak wiedźma warząca tajemny napar do czarowania świata. Wrzuciłam warzywa, nie  żałując marchwi, by rosół miał ładny kolor i słodkawy smak.

Nie ma rosołu bez półgarści suszonych liści laurowych, ziela angielskiego i pieprzu ziarnistego. Tego ostatniego nie żałuję, zwłaszcza zimą. Rozgrzewa i oczyszcza zatoki. Dodaję też czosnek. Dopiero teraz solę. Gdy bowiem posoli się rosół wcześniej, warzywa niechętnie oddają całe dobro do naparu. Gałązka lubczyku poprawia smak, ale nie można z nią przesadzić, bo rosół smakuje jak maggi. Do takiej uczty najlepiej pasuje makaron z własnej roboty i zielona natka pietruszki. Niektórzy sypią rosół koprem. Smakuje inaczej; ciekawie. Znam panią, która do gotowania rosołu kupuje kości wołowe i przypieka je w piekarniku. Nadają naparowi rudawy odcień.

Po ugotowaniu wyciągam warzywa. Nie wyrzucam ich, a dodaję do farszu. Przygotowuję go z rosołowego mięsa, którego nie zdążymy zjeść. Mielę wszystko w maszynce, dodaję sól, pieprz i gałkę muszkatołową. I na pierwszy porosołowy dzień serwuję domowe pierogi z nadzieniem mięsno – warzywnym. Ale o pierogach napiszę oddzielnie, bo te wymagają przecież szczególnej uwagi!

Smak rosołu to jeden z głównych, kojarzących mi się z rodzinnym domem. Moja Mama doskonale radziła sobie z tym coniedzielnym daniem, była też mistrzynią najcieńszego i najdelikatniejszego makaronu. Mamy już nie ma, a wspomnienia zostały, podsycane pyrkaniem mego własnego rosołu.

Gdy chcemy ocalić piękne wspomnienia, powinniśmy robić zapasy dobrych myśli, gdy jest się szczęśliwym i radosnym. Gdy wszystko układa się zgodnie z naszymi planami, a czasem rzeczywistość zaskakuje nas hojnością. Gdy mamy miłość, pieniądze, powodzenie. Wtedy właśnie buduje się przekonanie o własnej wartości. Potem, gdy pojawiają się trudniejsze dni, dobrze jest czerpać z tych zapasów pamięci i skojarzeń. Dobrze jest przypomnieć sobie smak ulubionej herbaty, zapach ulubionych perfum, dźwięki muzyki, przy której byliśmy szczęśliwi… Wracać do tych bodźców zawsze wtedy, gdy trzeba. To pomaga w powrocie do dobrych myśli. Jeśli nie wypełnimy nimi swego serca, życie nam zgorzknieje.

Dla mnie takim powrotem do dobrego świata jest właśnie rosół. To mój wonny bagaż, który niosę ze sobą od samego dzieciństwa.

 

 

skomentuj (5)

Koniec podróży 2012-05-19 20:54:30

Co za wspaniała trasa promocyjna!
Wieluń i okolice oraz prowincja częstochowska. No i targi w Warszawie. Od tylu dni jestem w podróżym, a energię doładowuję na spotkaniach z Czytelnikami. Każde jest inne, niezwykłe. Żadne z nich się nie powtórzy.
Było mi tu pięknie.
Jutro skoro świt wyjeżdżam.

Dziękuję za piękne chwile, które u Was spędziłam. I piękne te, które spędziłam w Częstochowskim. Aż żal wyjeżdżać... MYŚLĘ, ŻE TU WRÓCĘ.
A teraz... już jestem na swoich Mazurach...

skomentuj (0)

Targi Książki w Warszawie 2012-05-10 08:39:30

Po raz kolejny Targi Książki w Warszawie. Miło mi będzie spotkać się z Wami.
Na plakacie zobaczycie, kiedy będę na stoisku GRANICE, a oprócz tego przede wszystkim będę na stoisku mojego Wydawnictwa MG w sobotę od 11.00 i w niedzielę od 13.00 oraz na stoisku BLUSZCZA w sobotę od 14.00 i jeszcze będę na stoisku NATURA I TY w sobotę od 13 do 14.00. Do zobaczenia:




Tagi: targi książki w warszawie

skomentuj (0)

KĘTRZYN 2012-05-01 13:21:22

W związku z zapytanie Czytelniczki o miejsce spotkania w Kętrzynie - OCZYWIŚCIE BIBLIOTEKA!

skomentuj (0)

Majowa zupa z komosy (lebiody) 2012-05-01 13:15:20

Najpierw u sąsiadów wypieliłam całą szklarnię z komosy, zwanej lebiodą, która radośnie wzrastała między sałatami... Na razie jeszcze nie ma tej rośliny na łąkach i polach, więc... moja radość na jej widok w szklarni, jako chwasta, była ogrooomna!



Wypłukałam na durszlaku z resztek ziemi i odkroiłam korzonki. Zapach lebiody roznosił się po całej kuchni...



Przyrządziłam wywar mięsno - warzywny, jak do rosołu. Ale może być sam warzywny... w tamtym roku tak właśnie robiłam. Dziś miałam jednak pełnowymiarowy rosół, więc na jego bazie zrobiłam zupę lebiodową (komosową) - roślinę pokroiłam, dodałam gotowanych jajek (jak do botwinki) i śmietany. I małą łyżeczkę masła. Poprawia smak. Zupa komosa w wersji pojedynczej, na tarasie... w przerwie między sianiem a wysadzaniem dalii... BEZCENNA. Czekałam na nią całą zimę!

I jeszcze coś: Komosa należała od czasów neolitycznych aż do XIX wieku do najbardziej popularnych ziół. W Chinach nazywano ją „pachnącymi kośćmi tygrysa”. Ten pospolity chwast pól uprawnych niegdyś wysoko ceniony w całej niemal Europie, na przednówku był pożywieniem wielu biedaków; być może stąd taka niechęć do niego w polskiej kuchni. Ale naprawdę warto spróbować! To lepsze niż szczawiowa! A jakie zdrowe!
Istnieje wiele odmian komosy - najbardziej popularne z nich to komosa strzałkowa, biała oraz piżmowa - zwana inaczej meksykańską.



SMACZNEGO... życzę Wam podobnie smacznych wiosennych odkryć! Życie proste może być naprawdę piękne...

skomentuj (3)

Spotkania majowe 2012-04-29 21:16:43

7 maja - Wyszembork k. Mrągowa, godz. 18.00
8 maja - Kętrzyn, godz. 18.00
10 maja - Mikołajki, godz. 18.00
11 maja - Biblioteka w Świątkach k. Olsztyna, godz. 18.00
12 maja - Targi Książki, stoisko Wydawnictwa MG, 11.00, stoisko BLUSZCZA - godz. 14.00, stoisko NATURA I TY
13 maja - Targ Książki, stoisko Wydawnictwa MG, 13.00, stoisko NATURA I TY
14 maja - Czarnożyły (woj. łódzkie), godz. 18.00
15 maja - Osjaków (woj. łódzkie), godz. 16.00, Wieluń, godz. 18.00
16 maja - Konopnica (woj. łódzkie), godz. 18.00
17 maja - Przystajń k. Częstochowy, godz.
18 maja - Krzepice k. Częstochowy, godz. 17.00
28 maja - Racibórz, godz. 18.00

skomentuj (3)




Księga Gości