RSS
 

Ciągle pada…

19 cze

zachód słońa na prowincji jest po prostu... prawdziwszy...

Zachód słońca na prowincji jest po prostu… prawdziwszy. Tak sobie pomyślałam w bezstrosce, ciesząc się z lekkiego przeblasku słońca… A tu… chmury… No i jak nie kojarzyć Mazur z padaniem? Potrzeba było powrócić pod bezpieczny dach mego drewnianego domu, by przez szybę jedynie patrzeć na świat… Mam jednak w domu coś, co trzyma mnie jak magnes. Są to… małe psy, urodzone w nocy z 15 na 16 czerwca, a więc zaledwie kilkudniowe! Ślepe jeszcze, pełzające na wypełnionych mleczkiem mojej labaradorki Lusi, poznają z wona świat pełen zapachów i dźwięków. Nawet mój rudy kotek Dyzio Marzyciel zerka na nie z zaciekawieniem, Lusi jednak wyraźnie daje mu odczuć, by nie był zbyt nachalny wobec małych i nie pchał swojego różowego noska w nieswoje sprawy. Bo co też taki Dyzio może wiedzieć o psim macierzyństwie? Nic. Nie dane mu będzie nawet kocie tacierzyńtwo, bo został pozbawiony kłopotliwych atrybutów w trosce o jego ewentualne zawałęsanie się w świat daleki i pozostawienie domu bez kot. A kot na wsi potrzebny jak nie wiem co. Dyzio zwalacza uparcie wszelkie gryzonie. Zrobił to nawet dziś – rozprawił się z jakąś myszą niesforną. Trochę żal mi ich, ale syn mój Mateusz uważa, że Dyzio po prostu tępi szkodniki. Nie chcę nawet myśleć, że jakaś niepokorna mysz przyszłaby do mego domu lub nawet do małych szczeniąt!
Lusi szybko wraca do zdrowia, właściwie jest już w nim, radosna, z merdającym ogonkiem i podrzucająca nam te swoje szczeniaki dość często. Widać, zaufanie ma do nas ogromne, bo tylko patrzy, żeby czmychnąć na pola, zachodzi jedynie czasem do swojego pokoju (pieskowni) i patrzy, czy małe śpią. Jeśli śpią, to dalejże dalej w pola, do Doda sąsiadów!
Fajnie mieć zwierzaki. Lubię, gdy psy rozpoczynają swoje wieczorne poszczekiwania. Czasem Lusi się przyłącza, jakby zapoznawała się z nimi, bo całkiem jest tu na wsi, nowa. Rano z kolei prym wiodą ptaki, różnorakie, mewy krzyczą nad stawem, sroki skrzeczą po swojemu jak gderliwe staruszki, a na kamieniach, składowanych w roku działki, przysiada czasem kukułka. Ostatnio dwie kukułki wplątały się w jakiś spór z trzema srokami i aż poleciały w te pędy do Świątyni Dumania, czyli miejsca zakrzaczonego i zarośniętego dębami i brzozami, na wprost mego okna salonowego. O Świątyni Dumania napiszę nieco więcej następnym razem, bo miejsce to szczególne i bogate w piękno. W sam raz do prowincjonalnego dziennika. A póki co – pomyślę, jak spędzić piątą już w moim nowym domu sobotę i czy dane mi będzie znów pocieszyć się naturą, jak pewnej drugiej soboty, gdy obok Świątyni Dumania ujrzałam… Ale to już temat na inne rozważania….

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Al

    20 czerwca 2009 o 08:29

    Wszystkie te zwierzaki są niesamowicie cudne!
    A najbardziej za serce złapała mnie Lusi, która zawsze była taką „dziewczyną”, szaloną, rozbieganą, skorą do ciągłych pieszczot i ganiania za patykami, a z dnia na dzień, dosłownie, stała się dojrzałą „kobietą”, matką, opiekunką.
    Ech też bym chciała mieć takiego małego czarnego kuleczka..ale jeszcze nie czas, by móc mieć (jak mawia mój mąż).
    ps. W imieniu Zu wnoszę o kilka słów o niej, jak dzielnie o marchewkę potrafi się domagać ;)

     
  2. Sebek

    22 marca 2010 o 10:22

    Też kocham zwierzęta… moja siostra niebawem – po mieszkaniu przez całe życie w miastach – wyprowadza się do wsi, gdzie nawet stu osób nie ma, same lasy i łąka, też by mogła napisać o swoich refleksjach, może to zrobi :) Psy kiedyś miałem, ale dawno temu i już odeszły. Koty natomiast są moim życiem.