RSS
 

Jestem w prowincji…

28 cze


Jestem z prowincji. I nie obrażam
się na to, gdy ktoś tak powie, że ze mnie zwykła prowincjuszka. Wręcz
przeciwnie – dumna jestem z tego, że mogę tak powiedzieć. Że na co dzień mogę
żyć w kłębowisku zieleni, jakim jest moje nowe miejsce na ziemi – Popowo
Salęckie za Mrągowem. Że niedzielne letnie poranki, jak ten właśnie, kiedy to
piszę, mogę spędzać na tarasie mego drewnianego domu, spokojna o świat, bo ten
wyjątkowo jest tu cichy, choć rozświergotany. Z moim pisaniem było tak: Od najwcześniejszego dzieciństwa
bardzo lubiłam czytać, u mnie w domu zawsze się bardzo dużo czytało, nie
oglądaliśmy prawie w ogóle telewizji (mam to do dziś i nie znam na przykład
amerykańskich aktorów i innych idoli, drażni mnie wciąż włączony telewizor), każdy
natomiast miał swoją kartę biblioteczną. Pisanie wydawało mi się czymś
naturalnym, nawet nie wiem, kiedy zaczęłam, byłam naprawdę mała, najpierw to
były opowiadania, a potem napisałam, w grubym zeszycie w linie, powieść – o życiu
dzieci w Związku Radzieckim! Takie to były czasy. Byłam chyba po lekturze Czuka
i Heka czy czegoś w tym rodzaju i to mnie zainspirowało.  Potem napisałam wiersz o moim bracie Romku.
Pamiętam ten wiersz do dziś. Zaczynał się: Romek,
braciszek nie lada, pracuje w POM-ie od dawna. Robi ciągniki, kombajny,
pracownik z niego jest fajny
… Całej rodzinie podobały się te moje pisania i
wszyscy mnie chwalili i doceniali. Wtedy też powiedziałam mamie, dziś już
nieżyjącej, że kiedy dorosnę, zostanę pisarką, więc niech się nie martwi, bo ja
na wszystko zarobię. Niestety, ani mama, ani tata nie doczekali wydania mojej prawdziwej
książki, ale myślę, że wspierają mnie z góry. W mojej powieści jest fragment,
kiedy odchodzą rodzice głównej bohaterki. To jest częściowo opowieść o moim
pożegnaniu z rodzicami, bolesnym, bo w młodym wieku, kiedy ledwo wchodziłam w
dorosłość. Pisząc ją, próbowałam po raz kolejny oswoić tęsknotę za Mamą i Tatą.
Ale to mi się nigdy nie uda… 


Ciągnęło mnie do dziennikarstwa.
Zadebiutowałam w wieku 12 lat w Płomyku, wtedy również dostałam pierwsze
honorarium. Byłam z siebie naprawdę dumna! Potem Świat Młodych i jego Liga
Reporterów, potem wygrana w konkursie Gazety Olsztyńskiej, jeszcze tej dawnej,
sprzed niemieckiej transformacji. Konkurs nosił tytuł „Tu mieszkam” i trzeba było
napisać opowieść, w której przekaże się lokalną historię jakiegoś miejsca.
Mieszkałam wówczas na osiedlu Parkowym i napisałam opowiadanie o tym miejscu.
Przed wojną był tu tak zwany koński targ, a w latach 70.tych powstało pierwsze
w mieście nowoczesne osiedle. W spisaniu lokalnej historii pomogły opowieści
mojej mamy, która przybyła tu spod Wyszkowa, i autochtonów, którzy mieszkali w
okolicy. Moja praca spodobała się, zostałam laureatką konkursu, odebrałam w
redakcji nagrodę i to mnie upewniło w wyborze mojej życiowej drogi. Potem, już
w liceum, była współpraca z Na przełaj i… ścienna gazetka. Należałam wówczas do
– tak się to wtedy nazywało – sekcji propagandowej w samorządzie szkolnym i
razem z koleżankami Anią i Jolą 
próbowałyśmy rozśmieszać naszych kolegów wystawami karykatur i
opowiastkami z życia szkoły. Piękne to były czasy!


Koniec liceum zbiegł się z
uwolnieniem” prasy. Powstawała prasa lokalna, wszyscy stawialiśmy w tej
dziedzinie pierwsze kroki i jakoś od razu „wkręciłam” się w pracę. Bardzo mi
się to podobało, trochę też i dlatego, że mogłam żyć sprawami naszego miasta.
Być dziennikarzem z naszych stron. Byłam nim przez wiele lat. Zajmowałam się
jeszcze wieloma innymi rzeczami, bo w życiu nie jest tak słodko i łatwo, jak by
się chciało. Miło wspominam czas, gdy byłam opiekunką osób starszych. Ich
opowieści noszę wciąż sobie, niektóre z nich już ujrzały światło dzienne, jak
na przykład historia pani Zosi i jej rodziny, która spisana w formie
opowiadania otrzymała nagrodę w konkursie literackim.


Swoją powieść nosiłam w sobie
wiele lat, dojrzewała stopniowo, najpierw jako cykl felietonów pod tytułem
„Prowincja pełna złudzeń”, w których trochę narzekałam, potem jednak moje
spojrzenie na świat nabrało innych, jaśniejszych kolorów (Wiek? Doświadczenie?
Ciekawe i inspirujące osoby na mej drodze?) i moja prowincja stała się
prowincją pełną marzeń. Na dodatek spełnionych. Chciałam, by ta powieść była
związana z historią tej ziemi, którą interesowałam się zawsze, choć w ostatnich
latach wyjątkowo intensywnie. Mazurska ziemia to tygiel wyznaniowy i kulturowy,
ciekawe miejsce to zamieszkania i… zakochania się. W mojej powieści jest bowiem
miejsce na miłość, bo powieść musi ją mieć, jest też miejsce na pokazanie, że prowincja
może być piękna. Że tu też jest jakieś życie, że tu ludzie tak samo kochają się
i borykają ze smutkami, że można żyć spokojniej i bez kompleksów małego
miasteczka.W pisaniu książki miałam jedną
ważną inspirację. Otóż jedenaście lat temu spotkałam Niemca, który przyjechał
do Mrągowa na camping. Kiedy kolega, który tam pracował, spisywał dane tego
człowieka, zauważył, że ma wpisane miejsce urodzenia – Sensburg. Czyli
przedwojenne Mrągowo. Kolega zadzwonił do mnie, ja poprosiłam go o to, by mówił
mnie z tym Niemcem. Niemiec się zgodził i wspólnie z kolegą (bo znał niemiecki)
spotkaliśmy się w nieistniejącym już „Milano”. Niemiec opowiedział mi historię
swego życia, a potem wyruszyliśmy szlakiem jego dziecięcych wypraw, przygód,
wędrówek. To on opowiedział mi o tym, jak spóźnił się na Gustloffa, który tej
nocy zatonął. To właśnie jego historia jest jednym z ważniejszych momentów
mojej powieści, choć syn Martin, poszukujący swoich korzeni, jest już postacią
fikcyjną. Napisałam wówczas reportaż, jednak ta opowieść zapadła we mnie tak
głęboko, że postanowiłam ją ożywić jeszcze raz, pod postacią książki.
To, co opisałam w powieści, nie
jest moją biografią. Ta książka jest artystyczną kreacją, a życie mnie tylko
częściowo inspirowało, tak mogło się jednak stać. Nie znam niemieckiego, którym
moja bohaterka posługuje się biegle. Opisałam jednak to, co znałam, o co się
częściowo otarłam, bo podobno każdy autor w pierwszej książce zostawia
najwięcej z siebie. I bardzo dobrze. Przeżyłam, jako moja bohaterka Ludmiła,
utratę pracy, bezrobocie, nagle znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Moja
bohaterka jakoś sobie radzi, a jej jedynym źródłem utrzymania staje się…
Allegro. Sprzedaje na aukcji internetowej rękodzieło i ubrania, potem zakłada
firmę. Cieszę się, że Allegro zgodziło się objąć patronatem moją powieść i że
jest to pierwsza powieść z jego patronatem!

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Sebek

    22 marca 2010 o 10:11

    1. Muszę się wreszcie wziąć za tę książkę.
    2. Zgadzam, się dużo swojego życia i swych uczuć zamieszcza się w pierwsze książce własnego autorstwa.
    3. Film o katastrofie tego promu był niesamowity.
    4. Też pochodzę z prowincji :D

     
  2. madrala37

    20 maja 2011 o 00:18

    …zakrecila mi sie lza w oku i zatesknilam do naszego podworka kasko :(
    tak to wszystko ladnie napisalas ze….zatesknilam za mragowem, parkowa…za polska :(
    pozdrawiam was wszystkich !!!

     
    • autor

      4 maja 2014 o 15:08

      Byłyśmy na tym samym podrówku??? oj.. jak fajnie,, napisz do mnie !

       
  3. ~Grajka

    4 maja 2014 o 14:31

    Pani Katarzyno, i ja jestem z prowincji, i mam dokładnie tak, jak pisze Pani w pierwszych zdaniach. I taras, na który z racji sąsiedztwa lasu spadają igły, liście, przekwitłe resztki dzikiego bzu… Mam ciszę rozświergotaną, majem rozkukaną kukułkami i rozklangorowaną żurawiami. Ucieczka od cywilizacji kilka lat temu to mój wybór, trafny, cudowny, choć nierozumiany przez niektórych. Szkoda, bo od nich wciąż oczekuję akceptacji, chociaż wiem, że nigdy jej nie usłyszę… Jestem stara i głupia…Choć Pani książki o prowincji czytałam dawno, to pamiętam historię z piecem kaflowym, i polecanego stolarza mebli sosnowych, nawet przepis na schab do chleba, i sklep z używanymi meblami, chyba holenderskimi. Bardzo często robię ten schabik. Uwielbiam słuchać historii o wspaniałych rodzicach. Dla mnie brzmią jak bajka… Jak ktoś opowiada, że rodzice byli z niego dumni, wspierali go, tak jak Panią, mam łzy w oczach… Pani potencjał, talent rozkwit. Miał akceptację najbliższych, którzy byli dumni z osiągnięć dziecka, pierwszych, może nieco nieporadnych, śmiesznych… Ja też tak chciałam, ale nie było mi dane. Moim potencjałem i zdolnościami, które w sobie przeczuwam od zawsze nie miałam z kim się dzielić. Dziś też rządzi nim syndrom DDA, nie daje zaistnieć. Napisałam książkę o tym, nawet została zauważona. Za późno dojrzałam do tego, aby dać sobie pomóc specjaliście, przyjaciółkom. Zbyt późno w zdrowy sposób patrzę na to co za mną- złe, przerażające. Ale lepiej nawet mając 50+, niż nigdy. Już godzę te dwa moje światy, tamten zły i ten wspaniały, i nie czekam na akceptację, na ciepłe słowa stamtąd… wystarczają mi od tych, którzy są zawsze ze mną, taką pogmatwaną wewnętrznie, ale chyba jednak szczęśliwą. Nareszcie! :) Życzę pomysłów na książki. Może kiedyś się spotkamy…Uściski.