RSS
 

Ach, te psy! No, i koty!

01 wrz

Zebranie wiejskie w Popowie. Trzeba iść, bo będą ważyć się losy oświetlenia we wsi. To ważna sprawa – bo egipskie ciemności, które u nas panują, to zupełnie coś nowego dla mnie, dotychczasowego mieszczucha, który wychowany w świetle latarń nic nie wie o wiejskich nocach, pełnych szczekania burków, chrząkania dzików (za moim domem, w kukurydzy, mają szlak!) i kumkaniach zielonych żab. No i… idziemy na to zebranie, drogą moją do drogi popowskiej, jakieś sto metrów, Ania, sąsiadka, już na mnie czeka na krzyżówce, ja idę śpiesznie i patrzę… Ania stoi oto ze swoim psem Dodo. No dobrze, myślę sobie, niech stoi, znaczy, Dodo idzie z nami. Na zebranie. W sumie, to jego wieś, jego latarnia, jego wolność osobista. Niech idzie. Śmiejemy się, że się wybrał w świat, a Dodo sam w sobie śmieszny, bo mały i kudłaty, wdzięczny bardzo.
Nagle… spod stóp moich wypatacza się czarny piesek. To Maszka, córka mojej labradorki Lusi, ośmiotygodniowa i zakręcona niemożliwie. Myślę sobie – no, nie! Dlaczego przybiegła teraz akurat! Jak my na to zebranie! Ania mówi: niech idzie z nami, zostaw. Śmiejemy się i powoli idziemy, kiedy dobiega do nas… Bruno, synek Lusi, brat Maszki. Dobiegł drugi, bo jest wolniejszy, bo tłustszy i nie ma takiego powera, jak mała Maszka, która wyglądem przypomina raczej szczurka. Ania znów: Niech idą, razem, wszyscy. Trudno. Myślę sobie, niech idą, choć to kawałek, bo z Popowa do Młynowa, do świetlicy.
- Ale, jakby co, to bierzemy małe na ręce? – upewniam się na wszelki wypadek, czy Ania pomoże mi, jeśli obok nas przemknie jakieś auto z szalonym kierowcą.
- Jasne – zapewnia mnie moja sąsiadka. Idziemy. I nagle… Dobiega do nas… Lusi. Czyli matka tamtych małych, które już z przodu idą z Dodem. Widać, też jej śpieszno na zebranie, bo w sumie to również jej wieś, jej latarnie i jej wolność osobista. Zaczyna się robić na drodze ciasno. Cztery psy, z czego dwa wyjątkowo rozbrykane, bo w szczenięcych latach. Sąsiedzi za płotami śmieją się, że tak idziemy na to zebranie. Myślę sobie: chyba wrócę. Nie będę się wygłupiać. Tyle zwierząt… I oglądam się za siebie… Nagle widzę, jak drogą mknie rude moje z podniesionym ogonem, jak z peryskopem, pośród traw i nawłoci. Rude jest piękne, tak, jak mój kot, Dyzio… Jasne… On też biegnie na zebranie.
-Nieeeee – jęczę tylko głucho i zanim kończę, Dyzio już jest z nami, kroczy dumnie obok swych psich przyjaciół i zastanawiam się, czy ten Dyzio to czasem nie myśli, że jest psem po prostu, bo idzie tak psio, łapa za łapą i nawet się kocio nie stroszy, gdy widzi Doda.

Gdy dotarliśmy do młynowskiej świetlicy, przed wejściem siedział dwa psy autochtony – kundelki oraz… pięć kotów. Młodych, przeważnie szarych, a jeden był jeden szylkretowy. Chłopak. Znaczy – kocurek. Sprawdziłam, bo wlazł mi na kolana…

Prowincja jest fajna. W mieście… pewnie zapłaciłabym mandat za taką zwierzęcą wyprawę. A tu… kupa śmiechu. I taka szczególna integracja ze zwierzakami. Młodszymi braćmi naszymi przecież, prawda?

PS. Tętniące życie. To zdjęcie mojej Czytelniczki z Niemiec, Ewy. Piękne.
Urzekło… szelestem soków w drobnych żyłkach zielonego życia.
Dziękuję…..

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. Julanda

    2 września 2009 o 19:34

    To ja Ci powiem Kasiu, żeś Ty wyjątkową wioseczkę wybrała! Nietypową, bo w tej typowej ludzie bardzo praktyczni i tak realnie na wszystko patrzą, że w opisanej przez Ciebie sytuacji, nikt by się nie uśmiechał, a raczej ”uśmiechał”! Jak mój znajomy weterynarz przeprowadził się na wieś pod Warszawę, to najpierw uczył mieszkańców, że psa z nosówki, to nie leczy się przy pomocy szwagra, który na ratunek przybywa z dubeltówką… Wieś zawsze stoi na ziemi, chociaż może dziś telewizja /?/trochę to zmieniła, może trochę pobłażliwej patrzy się na to miejskie widzenie świata! Zwierzak na wsi ma swoją rolę i miejsce, nie jest maskotką. Widać jednak, że cała okolica już Kasię tam zna i coś w tym jest! :)) Czarujesz?

     
  2. Ewelina

    20 października 2009 o 10:39

    Witaj Kasiu.
    Wzruszyłam się czytając o Twoich psach i wyprawie na zebranie. Ja swojej suczki juz nie mam, chora była. Na samą myśl o niej łzy mi płyną po twarzy. Żaden psiak jej nie zastąpi. Ale mam takie jedno marzenie o domku na mazurskiej wsi właśnie, gdzie za płotem będzie biegać inna psinka, równie kochana bo moja. Ale to kiedyś, jeszcze za wcześnie. Marzenia się spełniają, czekam.
    Pozdrawiam
    Ewelina

     
  3. Sebek

    22 marca 2010 o 18:46

    Ta notka jest po prostu piękna, czułem się, jakbym czytał książkę i wszystko można było sobie wyobrazić, talent pisarski widać, oby więcej tyle uśmiechu i szczęścia i spotkań z naturą.