RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2010

Nad Rysą

27 sie

Poźno, bo późno, ale obejrzałam. Polski film „Rysa”. Dostałam go od znajomego już w tamtym roku, ale dopiero teraz sięgnęłam po niego. Leżał wśród do rzeczy, odłożonych „na później”. Czas ów nastał właśnie, wraz z napisaniem nowej książki i wysłaniem jej do wydawnictwa. Mam teraz kilka dni dla siebie, zrobiłam więc domową przeprowadzkę i urządziłam sobie nowy pokój – pracownię „na górce”, w którym spędzam teraz sporo czasu. A że dziś pada deszcz… wyjątkowo dobrze mi się czyta i ogląda.
Przebrałam stare szpargały, ułożyłam od nowa płyty, uruchomiłam sprzęt grający (nieco lepszy od kuchennego odtwarzacza), nieczynny od półtora roku i przygotowuję się na niechybne nadejście jesieni. Sentymentalne i twórcze, bo wpadłam w silny wir pracy. W listopadzie ukaże się nowa książka „Kwiat Diabelskiej Góry”. Mój grafik, Michał Sadowski właśnie przygotowuje mi okładkę. Rozpoczęłam pisanie kolejnej książki, mam tytuł, pomysł i zbieram materiały. Piszę do gazet. Nagrywam opowiadania dla Radia Planeta. W październiku czeka mnie kilkudniowa trasa w Beskidach. Cieszę się, bo zobaczę miejsca, w których nigdy nie byłam. I jeszcze zaległe filmy, znalezione w moich szpargałach. Ech… Czy znajdę czas na wszystko? Jasne, że tak!
„Rysa” – piękny film. Ciekawy, Zastanawiający. Niedokończony. Jak moja wczorajsza literacka etiuda „Bezdotyk”… Też, jak ten film, nie kończy się…
Może tę etiudę umieszczę w mojej nowej książce, a może w zbiorze opowiadań? Pomyślę. Zaczyna się tak:

Bezdotyk
Ta historia nie miała swojego początku, a jej zakończenie błądzi gdzieś w otchłani przyszłości…

A może przeczytam ją po prostu na najbliższej Loży Literatów, która odbędzie się we wrześniu w mrągowskiej czytelni?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zbiory, zbiory

25 sie

Nie ma już upałów lipca, zostały nam sierpniowe pogody – parfrazuję teraz słowa mojego znajomego, Czarka Makiewicza, który nie tylko „Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa” stworzył, ale i całą masą innych, pięknych i wartościowych piosenek.
A z sierpniem przychodzi czas zbioru plonów. Co się w zasiało i posadziło wiosną – to teraz mam. Wychodzę na ogród z koszem plecionym pustym i wracam z pełnym. Dziś przyniosłam żółtą cukinkę (zdrobienie świadome, bo zrywam cukinie i kabaczki, gdy są jeszcze niewielkie, bo takie są najsmaczniejsze), kilka kilogramów pomidorów, pęczki ziół i brukiew. Z brukwi zrobię zupę na jutro, dodam marchwi i pora, dosypię kopru, na koniec kilka łyżek masła… Palce lizać!
Chyba lubię to dojrzewające lato. Czasem myślę sobie, że jestem w życiu na tym samym etapie, co moje lato. I dobrze mi z tym! Bo gdy czlowiek za młody, to całkiem zielony, jak szczypiorek! A ja jestem złocistą cebulką :))))

Czytam Koftę. Najpierw „Faustę” – wspaniała, zaskakująca książka, wczoraj ją skończyłam.

Reraz sięgnę po coś z „wcześniej” – „Pawilon małych drapieżców”. Zacznę dziś wieczorem.

 
Jednocześnie czytam opowiadania Arno Surminskiego „Wypaść z gniazda”, kończę „Czułość i obojętność” Romy Ligockiej i dorywczo pamiętniki Krystyny Jandy „www.małpa.pl”. Ta ostatnia pozycja to książka wydana kilka lat temu, przeczytana przez mnie dwa razy, ale wciąż lubię do niej wracać, a mój ulubiony w niej fragment zaznaczony zagiętym rogiem przepiszę Wam na pewno. To rzecz o tym, jak nie warto tracić życia na błahostki.
Poczytajcie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oplątani Mazurami

18 sie

Oto tekst, nad którm pracowałam cały ranek – opowiadanie, które przeczytam jutro o 9.30 w Radiu Planeta. Dziś w wersji do przeczytania, nie posłuchania.
Poczytajcie…

Oplątani Mazurami

W
posażnym kufrze babci Hildy leżały na równych stertach wykrochmalone obrusy,
poszewki na poduszki i pierzyny oraz codzienne fartuchy. Były więc tu i rzeczy
odświętne, i zwyczajne, położne jedna na drugiej, zasuszone jak liście. Te od spodu
– całkiem zapomniane. W kufrze pachniało słodko słońcem i starym drewnem. Tak
pachną również wiekowe, drewniane domy, z ukrytymi pod belkami starości
wielkimi pająkami. Ich szelest słychać tylko w nocy, za dnia rejwach
codzienności tłumi ciche odgłosy tych najmniejszych mieszkańców. Babcia
Hilda szanowała wszystko, czym przez lata obrastała. W podłużnym pudełku trzymała
cynowe łyżki z pierwszym symbolem Mazur, smukłym kormoranem, zamiast trzonka.
Otrzymała je w prezencie od tych starych Holendrów, co mieszkali w małym domku
nad jeziorem. Holendrzy dawno umarli, a ona wciąż żyła i przekładała te łyżki
raz w roku, owijając jak niemowlęta miękką ściereczką. Nigdy ich nie używała,
bo przyzwyczaiła się do łyżek drewnianych. Były cieplejsze w dotyku i przede wszystkim
lżejsze. Jej wykręcone reumatyzmem palce nie radziły sobie już, jak dawniej.

Na
ścianie w kuchni wisiał młynek do pieprzu i kawy, też od tamtych Holendrów.
Metalowe mocowanie i mechanizm młynka z korbką były przytwierdzone do ściany, a
ceramiczny pojemnik można było wysuwać. Na jego przedzie namalowany był
niebieski niekształtny wiatrak. Babcia Hilda lubiła ten młynek. Jego przyjemne
chrobotanie zawsze napełniało dom zapachem tego, co właśnie mieliła. Pieprz
miał zapach lekko ziemisty, przyjemny, i na dodatek łaskotał w nos, a babcia
Hilda lubiła kichać. Mówiła, że człowiek oczyszcza się wtedy z wszystkiego, co
złe. Gdy po pieprzu mieliła kawę, musiała przetrzeć młynek ścierką, ale i tak
pierwsza porcja naparu miała lekki smak pieprzu. Babcia Hilda lubiła jednak te
kulinarne eksperymenty, lubiła pić kawę o cierpkim, palącym smaku. Szanowała
wszystko, co sama wytworzyła, plony lata przechowywała w spiżarni, peklowała
mięso, suszyła, wędziła. Byleby nie zmarnować swojej pracy. Z
największą estymą traktowała jednak płótno. Było, jak katolicki bóg, pod
wieloma postaciami: serwet, prześcieradeł, obrusów, koszul czy bandaży. Ale
zawsze to było to samo płótno, wymagające od niej tyle serca i pracy. Gdy była
młodsza, sama je tkała i parzyła ługiem, a potem kładła na ciepłą łąkę za
domem. Rozpięte na palikach, bielało w słońcu i rosie, a im było bielsze, tym czuła
się lepszą gospodynią. Bywało, że we wsi pojawiali się złodzieje i kradli
gotowe płótna z bielnika, wtedy trzeba było pilnować całą noc. Wachtować, jak się
wtedy mówiło. W
czasach babci Hildy wszystko było inne. Ludzi oceniało się nie za słowa, ubiór
czy sposób bycia. Najważniejsze były czyny. Bardzo konkretne, dla niektórych
przyziemne. Ale ta przyziemność była istotą bytu. Smak kartoflanki czy pulchność
niedzielnej kuchy były tak samo ważne,
jak otworzenie w domu zmarłego okien, by ciepła jeszcze dusza opuściła go
powoli i bez popędzania. Ważne było też, ile koszul dla przyszłego męża utkało
się w swoim panieńskim życiu oraz czy zrobiło się to równo i starannie. Z
kobiety, której płótno miało splot jak przewrócone żerdzie, żartowano i kpiono.
Babcia Hilda była zawsze dokładna – jej płótna były znane na cały Sensburg.
Sprzedawała je tam na jarmarkach, a potem wracała do domu z pieniędzmi,
schowanymi w chusteczkę. Wkładała potem monety do kufra, a z roku na rok robiło
się ich coraz więcej.

Gdy
babcia Hilda zestarzała się, tak nagle dla niej samej, ludzie we wsi zaczęli
mówić o niemieckiej wojnie w obcym kraju. Nie słuchała tego gadania, bo kraj
był zbyt daleki, skoro nie można było tam na piechotę, a własna starość nazbyt
ją zaskoczyła. Nie miała już siły, by prząść na kołowrotku. Na jarmarki
zabierał ją czasem stary Busch. Trzęsła się na jego furmance, podskakującej na
każdym wyboju.  Wyglądała wtedy jak
bocian, z tą swoją małą głową na wąskiej szyi. Busch pomagał jej wysiąść i
zostawiał w miasteczku. Ona szła przeważnie do lekarza, a potem do apteki „Pod
Orłem”, tej przy samym ratuszu. Wierzyła, że kiedyś ktoś wynajdzie lekarstwo na
starość. „Byleby to było jeszcze za mojego życia” – szeptała te słowa, jak
modlitwę.

Sierpień
zniewolił jej ciało upałami. Nie wychodziła już z domu, czasem tylko siadając
na jego drewnianym, pogryzionym przez korniki progu. Gdy się zbyt długo zasiedziała,
trudno jej było wstać, pozginane kości buntowały się, nie chciały wrócić do
dawnej pozycji. Z czasem w ogóle zrezygnowała z przesiadywania na tym progu i
położyła się do łóżka. Sąsiadka, dobra stara Ingrid, zachodziła czasem do niej,
przynosiła jedzenie, zamiatała izbę i wynosiła nocnik. Rozmawiały wtedy aż do
chłodniejszego przedwieczoru, gdy szara godzina kładła cienie na ogrodzie babci
Hildy.

To
Ingrid jako pierwsza przyszła wtedy do niej, by powiedzieć, że mężczyzn ze wsi
zabierają na wojnę. Poszedł też jej wnuk, a ona żegnała go przy płocie, cała we
łzach. Patrzyła na niego długo, aż powoli malał za zakrętem, wyglądał jak
śmieszny przecinek. A potem znikł całkiem. Ingrid chciała się podzielić swoim
smutkiem z sąsiadką, której wnuki były daleko, na innym kontynencie i nie
musiała ich żegnać, stojąc przy płocie. Nie podzieliła się już tym smutkiem, bo
babcia Hilda tej nocy umarła. Nie zjadła swojej dyni z ogrodu, wielkiej jak
księżyc. Nie przewinęła cynowych łyżek. Nie ubrała świeżego fartucha, na gwoździu
w sieni zostawiła ten stary, brudny, na którym leniwie drzemały muchy.

Wnuki,
którzy przybyli zza oceanu, zajrzeli tylko do kufra. Przetrząsnęli jego
zawartość, nabałaganili. Poskładane latami obrusy i pościele wrzucili do środka
niedbale, zostały tam jak ptaki z rozłożonymi skrzydłami, gotowiące się do lotu.
Nie spojrzeli nawet to, że ścieg w koszulach jest prosty, a płótno najbielsze
we wsi. Zabrali tylko węzełek z monetami, zbieranymi przez babcię Hildę przez połowę
życia. Pochowali ją najskromniej, jak mogli, w drewnianej, skleconej naprędce
skrzynce. Nie otworzyli w jej domu okien i dusza babci Hildy została tam na
wieki. Przedmioty, którymi obrosła za życia, przygarnęła, niczym osierocone
psy, dobra, stara Ingrid.

 

Czy
to duch dawnych Mazur, czy nitki pajęcze, tkane przez czarodziejkę jezior,
pływającą na olszynowej łódeczce sprawiają, że ludzie zarażają się tą ziemią?
Ciężka od legend i prawdziwych historii, nasycona oddechami tych, którzy żyli
tu wcześniej, jest dziwnie zrozumiała dla wszystkich. Jej język jest prosty, bo
ziemia ta mówi błękitem jezior, zamyśleniem słońca nad gęstym lasem, srogością
burz i metalicznym smakiem zimowych poranków. Język ten zrozumiał również Siergiej
Dziemiańczuk, poeta z dawnych
Kresów, który w sierpniu tego roku pierwszy raz zawitał na Mazury.  Festiwal Kultury Kresowej był ku temu okazją.
Siergiej czytał swoje wiersze na spotkaniu z poetami, a potem, podczas jednej z
tych groźnych mazurskich burz, napisał wiersz dla Mrągowa. Gdy się go czyta,
wraca łagodnie jak ciepła fala tamten czas, gdy babcia Hilda i dobra, stara
Ingrid drobnymi krokami znaczyły tę ziemię:

 

Moje Mrągowo

Ukryte
lasem od wzorów próżnych…

Upalne
lato. Po długiej podróży

W
jeziorze twoim umyłem ręce,

Ochłodę
dały konarów wieńce.

Łagodny
wieczór. A potem burza

Rozmawia
z niebem – me losy wróży.

Poranek.
Słońce. I moje słowa:

Już
kocham ciebie, Moje Mrągowo.

 


 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W Radiowej Jedynce

17 sie


Moja książka od przyszłego poniedziałku będzie czytana w Radiowej Jedynce!
Rok temu czytana była „Prowincja pełna marzeń” (czytała Magda Różczka), a teraz – „Czas w dom zaklęty”. TAK SIĘ CIESZĘ!!!!
Od 17.50 – 17.57
. Słuchajcie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Opowiadania w Radio Planeta

10 sie

Od sierpnia w Radio Planeta można słuchać moich opowiadań. Łączy je jedno – akcja dzieje się na moich Mazurach, na mojej Ziemi Mrągowskiej.

Dziś do posłuchania jedno z nich, o dwóch kinach w Sensburgu. Przedwojennym Mrągowie. Dobrego słuchania!

FOTOPLASTYKON ŻYCIA

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marzenka w marzeniach cała

06 sie

Nie przypadkowo imię Marzena, a już na pewno Marzenna, to imie, związane bardzo z marzeniami. Marzenka jest cudną osobą, ma piękne orzechowe oczy pełne i światała i twarz Madonny Uśmiechu. I spełnia swoje marzenia. Stają się dotykalne, jak poranna kawa, tusz do rzęs czy buty.
Marzena jest położną. Poznałam ją w 1996 roku, gdy otrzymała ogólnopolską nagrodę w Plebiscycie Gazety Wyborczej „Rodzić po ludzku”. Byłam wtedy dziennikarką i postanowiłam spotkać się z Marzenką, by porozmawiać o nagrodzie i przede wszystkim o tym, co daje wielkiego kobietom.
Marzenka, wtedy jeszcze pani Marzena, przyjęła mnie ciepło w szpitalu, pozwoliła robić zdjęcia i uśmiechała się wciąż. Polubiłam ją. Miałam dla niej zawsze ciepłe myśli, choć nigdy nie dane mi się z nią było spotkać na gruncie kobieta – pielęgniarka.
W tamtym roku Marzenka chciała sie spotkać ze mną. Spokałyśmy się… w samochodzie na parkingu, bo wciąż gdzieś biegnące, nie miałyśmy zbyt wiele czasu. Opowiedziała, że napisała książkę. Psychologiczną. Nie czułam się na siłach i kompetencjach, by ją recenzować. Ale powiedziałam, żeby wysłała po prostu do wydawnictwa. Wiedziałam, że Marzenka poradzi sobie, że dobre wiatry będą jej sprzyjały. Mówiłyśmy tym samym językiem – spełniającym marzenia. Nie miałam żadnych wątpliwości.
Wczoraj spotkałam się z Marzenką. Na jej wieczorze autorskim. I znów te orzechowe spojrzenie, oczy pełne łez: ze zdenerwowania, wzruszenia… Chciałam jej powiedzieć tak wiele, że to piękna chwila, że zapamięta ją na zawsze, że pierwsze chwile z pierwszą książką… Nigdy już żadne nie będą takie. Nie powiedziałam. Bo gwar, jaki towarzyszył Marzence, nie dał szansy. Takie rzeczy mówi się chyba po cichu, gdy czasu więcej, niż na rozmowę w samochodzie.
Na spotkaniu był tłum ludzi, głównie kobiet. Książek zabrakło. Przyjechała telewizja. Poprosili o kilka zdań. Powiedziałam więc tylko, czego nie zdołałam powiedzieć jej w oczy. Że marzenia naprawdę się spełniają i by teraz kolejne książki opadały z niej jak motyle…
Marzenko, życzę Ci szczęścia w odważnym tańcu marzeń.
Sama najlepiej wiesz, że o ludziach musimy myśleć tak, jakbyśmy chcieli, by o nas myśleli… To jest Marzenko, cała tajemnica tej masy znajomych i przyjaciół, którzy przyszli wczoraj na spotkanie z Tobą.

Tu jest artykuł o Marzence, napisany przez jej przyjaciółkę, Ewę Dolińską – Baczewską i oublikowany w Kurierze Mrągowskim.

Tu jest link do internetowej księgarni. Tam można kupić książkę Marzenki.

Czytam. Jak skończę, napiszę recenzję.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Miło znaleźć

04 sie

Bardzo miło znaleźć coś miłego. Na przykład w skrzynce mailowej list od Czytelnika, lub gdzieś w sieci ciepłą recenzję mojej ksiażki. Gdy mnie to spotyka, myślę sobie: może to co robię, nie jest daremne?
Ściskam i dziękuję. Wysyłam same dobre myśli…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Myśl o Tacie

03 sie

Dziś jest rocznica śmierci Mojego Taty. Szesnasta… To dziwne, w jaki sposób ludzie chcą przebywać z umarłymi, okazywać im, że wciąż o nich pamiętają, że są bliscy, choć tak naprawdę nie mają już żadnej pępowiny, łączącej ich ze światem żywych. Odcięta ostatnim oddechem, podziałem na dusze i ciało, jak w zapisie urządzenia monitorującego życiowe funkcje. Linie rozdzielają się i wtedy lekarze wiedzą, że zamiast męczyć to opuszczone ciało kolejnymi elektrowstrząsami, powinni cicho pochylić głowę. Jakby po tych głowach, niczym po kamieniach, dusza ludzka stąpała w niebyt, w swoje poziomy, coraz jaśniejsze i cieplejsze. A potem sprawdza się godzinę śmierci. To wszystko może być
ważne dla rodziny zmarłego. Skoro godzina narodzin jest kluczem do duszy i pozwala sprawdzić, w takich roztańczonych konfiguracjach było niebo nad rodzącym się człowiekiem, to może godzina śmierci ostatecznie przerywa ten taniec, zaklucza go na wieczną tajemnicę? Nikt już nie znajdzie ścieżki do duszy zmarłego. Zawsze jej dalszy los pozostanie zagadką. Każdy inaczej pokazuje swoje przywiązanie do zmarłych. Żydzi kładą na groby swoich bliskich kamienie, jakby chcieli powiedzieć, że to najlepsze dla tych, których dusze już zastygły. Kwiaty powinny być dla żywych. Jakby w tym dotyku kamienia zaklinali ciche słowa modlitw „Szema Israel”, Słuchaj, Izraelu!  A są i tacy, dla których nagrobek nie jest potrzebny, by wielbić w duszy tych, którzy odeszli. Jest tylko niepotrzebnym totemem, a czasem wręcz cielcem ozdobnym, którego rytm istnienia wybijają takty sadzonych namiętnie kwiatów i krzewów. Jednak ich żywość tak naprawdę nie ożywia niczego…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wcale nie leniwieję

03 sie

Mimo słońca, wcale nie leniwieję. Ogród już rośnie na tyle intensywnie, że teraz tylko podlewać i zbierać, a skoro natura sama o podlewanie zadbała, cieszę się z tego. Mogę zatem bez odrywania się pisać i pisać, a czas ku temu i pora, bo Kwiat Diabelskiej Góry musi wkrótce opuścić bezpieczne schronienie mojego komputera. I popłynąć w świat. A jeszcze co tygodzniowy esej do Radia Planeta! Rozgłośnia podarowała mi czwartki 9.30 i co tydzień mam te swoje czwartkowe czytania, jak Król Staś czwartkowe obiady. Muszę, ale to muszę i dla nich coś napisać.
Doświadczanie cudnej zajętości dni powszednich uspokaja mnie i oddala od różnych niechcianych myśli, które pewnie opanowałyby mój umysł w pzypadku błogiego lenistwa. A tak… Nie ma wstępu… Zakaz.
Ale są i złe strony takiego zapracowania. Wczoraj był koncert Mieczysława Szczęśniaka. Planowałam pójście na niego od tygodnia. Pamiętałam przez siedem dni! Akurat wczoraj zapomniałam… Siedem dni pamiętania to widać czas najwyższy na to, by zapomnieć. Podobno ludzie zmieniają się co siedem lat. Ich dusze są jak sinusoidy, obliczone na siedmioletnie obiegi Saturna i Urana. Siódemki dotyczy również propozycja Gabrieli Pauli z konserwatywnej partii CSU, która uznała, że każde małżeństwo powinno być ważne tylko przez siedem lat. Ponowną ważność nadawaliby mu małżonkowie, zadowoleni z tej konfiguracji dusz i ciał. Mniej zadowoleni otwieraliby przed sobą drzwi wolności. Być może tym właśnie się przed wiekami kierowali Celtowie, u których w prawie obyczajowym istniałoco najmniej siedem rodzajów małżeństw, i wszystkie nosiły znamiona tymczasowości?
Tymczasowość jest oddechem naszego życia. Nie ma niczego, co jest jej pozbawione. Pięknie pisała Olga Tokarczuk w swojej ostatniej książce, „Prowadź swój pługprez kości umarłych”: Wszystko przeminie. Mądry człowiek wie to od samego początku i niczego nie żałuje.
I tego właśnie nieżałowania Wam życzę – na dziś i na kolejne siedem lat!

PS. Pani Wioletcie i Panu Bogdanowi pięknie dziękuję za piękne listy. Dobrze, że ludzie mają, mimo obowiązków, czas na czytanie książek, i to na tyle intensywnie, by niektóre z nich dopuszczać do zakamarków swojej duszy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Burza w sierpniu

01 sie

Nadchodzi burza. Pierwszosierpniowa. Słoneczniki wyginają się niebezpiecznie, wyginane na boki zrywem wiatru. Wiatr jakby je policzkował. Pierwsze krople deszczu za chwilę uderzą w parapet. I poczułam się nagle częścią świata. Elementem, połączonym z kolejnymi pępowiną przeszłości. Moja przeszłość dotyka kolejne przeszłości, moich przodków, łączy się z nią, jak łańcuch. Prusy Wschodnie na Mazurach i Mazury powojenne, polskie – to wciąż to samo miejsce, zrośnięte pajęczyną historii.
Mazurzy, wychowani w surowym klimacie,
stawiali czoła życiowym problemom w taki sam sposób, jak ostrym, ciągnącym się
od listopada do kwietnia zimom, deszczowej porze na przełomie maja i czerwca
czy wiosennym przymrozkom, warzącym kwiaty w sadzie. Z nadzieją obserwowali
zachodzące słońce, by w jego poświacie wyczytać nadzieję na ciepły dzień,
oddychali z ulgą, gdy częste, ciągnące do jezior burze, odchodziły i nagradzały
mieszkańców Pustnicka odświeżającym ozonem w powietrzu.  Właśnie tego żywiołu bali się mieszkańcy
Mazur najbardziej. Z wodą byli oswojeni, bo była dosłownie wszędzie, wiatry,
zrywające czasem czerwone dachówki i łamiące całe połacie mazurskich puszczy –
gdy ustawały, również odchodziły w niepamięć. Burze miały jednak w sobie coś z
wyroku. Wspominali przekazywane od pokoleń przysłowie, że w czasie burzy należy
unikać dębów, a chować się można najwyżej pod bukami i przyjmowali te słowa jak
aksjomat, jak wszystko inne, co ludowe i znane od pokoleń. Oczywiste. Nie
zadawali pytań, dlaczego buki dają większe bezpieczeństwo i ochronę przed
piorunem. Dziś już wiemy, że nie tylko wysokość drzewa, lecz przede wszystkim
wyjątkowa zdolność gładkiej bukowej kory do nasiąkania wilgocią, były naukowym
wyjaśnieniem tego zjawiska, wywołanego przysłowiem. Namoknięty deszczem buk
podczas uderzenia pioruna nie rozpada się na kawałki, jak na przykład dąb,
topola czy sosna, które mają korę chropowatą i stawiają elektryczności duży opór.
O tym jednak prosty mazurski lud nie wiedział, przekazując mimo to wielką
mądrość swoim dzieciom i wnukom. 
Ludzie nosili przy sobie złotawe
kamyki, niczym amulety, chroniące przed burzą, mówili o nich „piorun” albo
„prątek boży”. To piorun, co spadł na
ziemię
– tłumaczyli tę wiarę w ochronę przed żywiołem. Niektórzy nawet
połykali te kamyki, chcąc uchronić się na całe życie.
Zawsze będę bała się burzy. Na całe życie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii