RSS
 

Archiwum - Październik, 2010

Dziękuję

24 paź

… za wszystkie maile i wpisy pełne życzliwości, wspierające mnie przed dzisiejszym spotkaniem promocyjnym w Mrągowie. Dobrze, że jesteście….

JUŻ DZIŚ

Opiszę to spotkanie na pewno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piękny wiersz

13 paź

Dostałam od kolegi – poety, Norberta Bujanowskiego, piękny wiersz. Norbert jest w przededniu wydania kolejnego tomika wierszy. Pięknie pisze, czułość i wzruszenie to główne odczucia…
Zresztą, zobaczcie sami…

Definicja 
 
Zdefiniować myśli na ławce 
W parku 
Czerwienią się mieniące
 
Klon i kasztanowiec 
W rozterce   
Pozwól przytulić   
Twoje serce 
  
To definicja więcej 
Niż pięciu minut 
Życiorysu łez 
Łódki na stawie 
Szelestu nut 
Skrzypiec z duszą 
Zawieszonych na lipie 
 
Wiesz czego to definicja 
Czy wiedzieć nie chcesz 
Nie bój się …. 
Kaczki się śmieją
 
Definiujący połapał się 
Eureki nie będzie… 
 
Tylko serce…   
 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Promocja książki i koncert Jarka Chojnackiego

13 paź

Kochani!!!!

Zarezerwujcie sobie czas w niedzielę, 24 października o godzinie 13.30.
Przyjdźcie na promocję mojej nowej powieści „Kwiat Diabelskiej
Góry”.

Spotkanie odbędzie się w Centrum Kultury i Turystyki, na sali
widowiskowej.
Moderatorem spotkanie będzie Irenka Szkudaj.
Po spotkaniu koncert Jarka Chojnackiego. Nie może Was zabraknąć!

Kasia Enerlich

patroni medialni:
BLUSZCZ, NATURA I TY

Organizatorzy: Wydawnictwo MG, CKiT Mrągowo

Fragment notki wydawniczej o książce:

Bohaterką książki jest czterdziestokilkuletnia Niemka Inga.
Urodziła się w polskich już Pustnikach, ale w latach
siedemdziesiątych XX wieku wyjechała wraz z matką Rosemarie do
Niemiec. Rodzinną ziemię, ich heimat, kobiety stopniowo wymazywały z pamięci. Wydawałoby się, że codzienność i wygodne życiem całkowicie zatrą w
nich wspomnienia mazurskiej ziemi. Tak było do momentu, gdy Rosemarie natknęła się w niemieckiej
gazecie na wywiad z dawną gospodynią dworu Heimannów w przedwojennym Pustnicku. Stał
się on inspiracją do powrotu na Mazury. Zanim się tam wybiorą, na kamiennej
plaży w słonecznej Bretanii Ingę zafascynuje pewien mężczyzna. Czy tajemniczy mężczyzna z bretońskiej plaży ma jakiś związek z
historią przedwojennego Pustnicka? Czy tytułowy kwiat ligustru,
zerwany na Diabelskiej Górze, może zmienić złą wróżbę i ocalić
prawo dwóch kobiet, matki i córki, do prawdziwej miłości? Czy
wszystko musi zacząć się i skończyć u podnóża Diabelskiej Góry?


Katarzyna Enerlich –

Korzenie mojego rodu Enerlich sięgają Prus Wschodnich. Być może to
dlatego miłość do tej ziemi krąży w moim krwioobiegu? Na każdym kroku napotykam tu pochowane we wspomnieniach lub starych
dokumentach ludzkie historie. Nie potrafię o nich milczeć…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

BLUSZCZ W PAŹDZIERNIKU

05 paź

Już jest. Nowy BLUSZCZ z moją rubryką Alchemia Prowincji. Tym razem opowiadam o małej mazurskiej wsi nad Jeziorem Gielądzkim, jej mieszkańcach, wierzeniach i… współczesności. Taka historia słodko – gorzka, trochę prawdziwa, a trochę wymyślona…

A w każdą środę o 9.30 w Radiu Planeta czytam podobne do tych z BLUSZCZA opowiadania. Wszystkie łączy jedno – ich akcja zawsze dzieje się na Mazurach, tych przed i powojennych.

Posłuchajcie, poczytajcie… Napiszcie, co zmienić, co dopracować. A może sami znacie jakąś magiczną opowieść…


… i moje nazwisko na okładce…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeka

05 paź

Jutro na żywo o 9.30 w Radiu Planeta, jak co tydzień przeczytam swoje opowiadanie. Tym razem będzie to opowieść o miłości dwojga starych ludzi. Taka miłość jest inna. Ni potrzebuje codziennych zaklęć i wyznań, bo jej najpiękniejszym wyznaniem są lata spędzone wspólnie. To prawdziwa historia o pewnym spotkaniu nad niedzielnym obiadem. I o tym, że gdy się z kimś przeżyło pół życia, to wystarczy tylko
na niego spojrzeć, by wróciły najpiękniejsze wspomnienia wspólnych
lat. Bo nigdy nie jest za późno na wspomnienia, póki żyjemy…

RZEKA

- Zbiegło to życie jak jeden dzień moja Anno… – Zamruczał stary Karol Sabellek, rolnik z Pustnika.
- Oj, zbiegło się, jak stary wełniak, mój Karolu – dodała Anna, stawiając na stół talerz z rosołem. Nasypała pokrojonej drobno pietruszki, którą przyniosła z ogrodu. Tak się u nich jadło. Rosół i dużo pietruszki. Ludzie w sąsiednim Starym Gielądzie jedli z koprem. O wyższości obu rosołów potrafili dyskutować długo i zawzięcie w drodze z kościoła lub gminy, nigdy nie dochodząc do porozumienia.
Przez chwilę jedli w milczeniu, Karol lekko posiorbując, Anna zaś cicho i nabożnie, jakby to jedzenie było cichą modlitwą.
- A pamiętasz, jakeśmy ślub brali? – Zapytała nagle, wyławiając kawałek marchewki.
- Oj, pamiętam. Toć to takie czasy niedawne! Dopiero co były. A tu już zbierać się trza do ostatniej podróży… – Westchnął Karol, spoglądając na żonę.
I zobaczył przez chwilę jej jasny długi warkocz, który kiedyś spłonął. Anna ratowała wtedy krowy przez pożarem. To było już po wojnie. Oboje pochodzili z Pustnika i jak czasy się uspokoiły, postanowili się pobrać. Gospodarstwo przejęli po rodzicach Anny. Zamieszkali w małym domku. Podobnych stało we wsi kilka. Nazywali je „kochówkami”, od nazwiska Ericha Kocha, który przed wojną zarządzał prowincją wschodniopruską. To za jego czasów zaczęto budować te małe, jednorodzinne budynki, niskie i z niewielkimi oknami.
Karol z Anną lubili swój dom. Naprzeciwko stała niska obora, do połowy murowana, od połowy drewniana. I właśnie wtedy, już po wojnie, uderzył w tę oborę piorun. Dach zajął się zaraz, a Karol nie mógł nic zrobić, bo leżał wtedy w gorączce chory na zapalanie płuc. To Anna uratowała wszystkie krowy. Wbiegła w ten ogień odważna i harda, jakby z żywiołem była za pan brat. Kijem wygnała zwierzęta. Rozbiegły się na wszystkie strony, spanikowane i ryczące na głos swoje krowie żale.
Jasny warkocz zamajtał bezradnie i na chwilę spotkał się w ostatnim pocałunku z płomieniem. Dobrze, że Anna zauważyła, że jej włosy płoną i szybko zarzuciła na głowę kapotę, co wisiała na gwoździu. Poczuła śmierdzący dym i gorąc nie do wytrzymania. A potem nie miała już warkocza. Więcej go nie zapuściła.
I spojrzał Karol na jej piersi, całkiem teraz obwisłe i przylgłe do ciała jak woreczki z gorczycą, którymi czasem okładał swoje zbolałe reumatyzmem stawy. I przypomniał sobie, jak narodził się ich syn Viktor, a całkiem młoda jeszcze Anna z dnia na dzień zamieniła się w dojrzałą kobietę. Karmiła piersią małe zawiniątko, a on w tym czasie budował mu z desek kołyskę. Ach, jak bardzo kochali tamtego Viktora! Teraz ich jedyny syn mieszka z żoną i dziećmi w Niemczech, przyjeżdża rzadko i na chwilę, nie czując żadnego sentymentu do rodzinnej wsi w sercu zielonych Mazur.
Anna poruszyła się niespokojnie. Spojrzała na Karola.
- Co się tak patrzysz na mnie? Brudna jestem?
- Nie, tak sobie tylko myślę.
- O czym ty tak myślisz, co?
- Że życie uciekło jak rzeka.
Rzeka… Raz tylko był z Anną na Krutyni. Popłynęli ze stanicy wodnej w Sorkwitach. Anna trochę się bała, ale udawała odważną. Patrzyła, jak Karol wiosłuje, zanurzyła dłoń w ciepłej wodzie i ze śmiechem rzucała go kroplami. Miała wtedy takie piękne dłonie. Drobne, długopalczaste, jak pianistka. A przecież pochodziła z prostego wiejskiego rodu, powinna mieć je silne, z krótkimi palcami. Może wtedy łatwiej byłoby jej znosić trudy życia? Z czasem jej dłonie zrobiły się szorstkie i ogorzałe słońcem, pokryły się starczymi plamami, na które nie pomagał nawet napar z rumianku i fiołka trójbarwnego. Potem doszedł jeszcze reumatyzm. Powyginane palce żony przypominają teraz konary sosny, walczącej z wiatrem.

- Pójdę chyba do ogrodu. Brukselkę już trzeba ogłowić. Może nasion zbiorę z kwiatów.
- Idź, kochana.
Powiedział „kochana”. Jak dawno tak jej nie nazywał! Ostatni raz… może na ślubie Viktora. Może trochę później. Tamten ślub… Anna cieszyła się swoją niemiecką synową, ale jej rodzice swoim zięciem trochę mniej. To małżeństwo było dla nich mezaliansem. To nic, że Viktor skończył studia medyczne i został lekarzem. Pochodził z jakiejś małej wioski a jego rodzice nie mieli żadnej pozycji społecznej! Zwykli rolnicy. Nie takiej przyszłości chcieli dla córki. Teraz, gdy Viktor zamieszkał pod Berlinem, robili wszystko, by odciął się od swoich mazurskich korzeni. I chyba plan się powiódł. Viktor miał swój gabinet, żona była prawdziwą doktorową, a niedziele obiady spędzali wspólnie, jedząc tradycyjną mięsną zupę, niemieckie zrazy i czerwoną kapustę na słodko.
Anna wstała. Lekko wilgotnym zmywakiem przetarła ceratę na stole. Zebrała naczynia. Wstawiła do zlewu.
- Pozmywam. – Powiedział do niej Karol.
Nigdy tak nie mówił. Zawsze to ona zmywała. A dziś… Nagle zapragnął wyręczyć ją w codziennym obowiązku, bo dziwna czułość nawiedziła jego serce. To nic, że Anna chodzi pochylona do ziemi, że ma całkiem siwe włosy, pomarszczoną jak suszona śliwka twarz. To nic, że jej ciało jest stare. Karol traktował je jak dziwne przebranie, pod którym wciąż oddycha jego dawna jasnowłosa dziewczyna.
Gdy został sam, poczuł dziwną senność i zmęczenie. Położył się na wersalce w pokoju stołowym. Chwilę odpocznie i pozmywa.
Leżał, nie wiedząc jak długo to trwało. Ta czułość wciąż w nim była. Zapominał wszystkie trudne i złe chwile, które kiedykolwiek poróżniły go z jego żoną. Towarzyszyło mu wspomnienie aromatycznego rosołu i cichego obiadowego obrządku. Słyszał kroki Anny w ogródku za domem. Zaraz wstanie, pozmywa. Jeszcze tylko chwilę odpocznie, pomyśli…
Tępy ból lewej strony ciała. Na przestrzał.
Brak powietrza.
Znów ból.
To wszystko zmąciło nagle jego spokój.
Jakby ktoś zamieszał kijem w zamulonym bajorze.

Anna wróciła przed zmierzchem. Zagadała się jeszcze z sąsiadką. Wymieniły nasiona cynii i aksamitek.
- Karol, już jestem. Skrodzka mnie zatrzymała.
Cisza.
- Karol, gdzie jesteś?
Anna weszła do kuchni. Naczynia wciąż były w zlewie. Nie pozmywał. Pewnie mu się odwidziało. I dobrze, jeszcze by co potłukł.
Pokój. Wersalka.
- Ty śpisz? A co ty będziesz w nocy robił? – Podeszła do leżącego mężczyzny. Poruszyła za ramię. Było już lekko zesztywniałe, nie dało się go obudzić dotknięciem.
Jej własny krzyk chyba ją samą zaskoczył.
Po raz pierwszy mąż nie odpowiedział na wołanie. Zawsze był przy niej, tuż obok, a teraz wydawał się nagle taki odległy. Jak z innego świata.
Zrozumiała, że nigdy już nie będzie Karola.
Że dziś przy stole pożegnał się z nią. To pewnie dlatego tak dziwnie na nią patrzył. Może coś przeczuwał?
Pożegnała go łzami. A potem zasłoniła niebieską serwetą wszystkie lustra i otworzyła okna i drzwi, by pruska dusza Karola mogła spokojnie odlecieć do nieba.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Trzymam kciuki!

03 paź

Trzymam kciuki za Czarka Makiewicza i jego piosenkę, ktorą wykonuje z Babsztylem! Posłuchajcie, zagłosujcie, bo utwór jest już na liście przebojów!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii