RSS
 

Krętą uliczką duszy…

02 cze

Tamtego wieczoru ogarnęła mnie dziwna senność. Dorzuciłam jeszcze drzewa do pieca, bo zapowiadała się mroźna noc, i zamknęłam się w swojej sypialni na piętrze, by w marcowej ciszy rozluźnić ciało i umysł. Nie pamiętam, jaką książkę czytałam przed snem. Zawsze jakąś czytam, więc zapewne i tym razem literami kołysałam swoje myśli. To rytuał, powtarzany codziennie od dzieciństwa.
Zapadłam w senność jak w czarny śnieg. A potem przeniosłam do dalekiego kraju, ze swoją gitarą na ramieniu, która była dwadzieścia lat temu towarzyszką moich letnich wędrówek.
I wtedy przyśnił mi się dziwny sen, który otrzeźwił mnie około piątej nad ranem. Gdy ocknęłam się, wciąż jeszcze na jawie przeżywałam tamto dziwne spotkanie, każde słowo wypowiedziane podczas niego, dźwięki muzyki i miękkość dotyku…
Czasem wyrwani nieznanym imperatywem z senności, zastanawiamy się co jest w danym momencie rzeczywistością. Balansujemy między dwoma światami jak linoskoczki i nie zawsze mamy ochotę przejść na przyziemną stronę sennej tęczy. Tak było i wtedy. Sen, w którym trwałam, był tak piękny i dotykalny, że wolałam, by był jawą.
Nie przeczuwałam wówczas, do jakiego porozumienia doszło tamtej nocy między moją duszą, a duszą mojej Czytelniczki Anny z Sanoka…
 

W moim śnie nagle zjawiłam się w samym centrum Jerozolimy. Ciasność jej uliczek w uboższej części i tłumy barwnymi korowodami przelewające się po nich nie pozwalały na szybki bieg. A tak bardzo chciałam pobiec dokądś! W moim śnie doskonale znałam kierunek i topografię miasta. Jakbym była stamtąd i szukała kogoś bardzo konkretnego.

Trafiłam do wielkiej bożnicy. Oświetlona tysiącami świec i lamp, wyglądała jak gwarna agora. Wewnątrz było mnóstwo ludzi, roztańczonych i rozśpiewanych. Nikt nie wymawiał imienia Boga, a jednak czułam doskonale, że tu wielbi się jaką Siłę. Energię. Wszechświat. Poczułam, że jestem w bezpiecznej przystani, bo wszystko odbywało się spontanicznie i radośnie, bo nikt nie definiował rodzaju religii, każdy po prostu wierzył w metafizykę. Przyłączyłam się do radosnego gwaru, wyciągnęłam z pokrowca moją gitarę, palce same pobiegły po strunach, znałam doskonale wszystkie akordy, grałam ze słuchu piosenki, słyszane przecież po raz pierwszy. Śpiewałam je, doskonale wyczuwając, jaka będzie następna fraza i jakie słowa za chwilę padną z ust śpiewającego tłumu. Byłam jakby o pół sekundy wcześniej niż trwająca chwila. To było dziwne poczucie względności czasu i przestrzeni.

Było mi dobrze. Muzyka upajała, a ludzie uśmiechali się do mnie łagodnie, jak dobrzy znajomi. Widziałam różne stroje i różne kolory twarzy. Mimo językowych różnic, doskonale ze sobą rozumieliśmy się.
Potem rozpoczęły się obrzędy, które widziałam po raz pierwszy. Uczestniczyłam w nich, wciąż jednak czegoś lub kogoś szukałam. Nagle stwierdziłam, że czas na mnie. Zaczęłam powoli wychodzić z wielkiej i wielobarwnej hali, kierując się do wyjścia. Trafiłam do nieco spokojniejszego pomieszczenia, czegoś w rodzaju wielkiej sieni.
Dogonił mnie jakiś mężczyzna. Żyd. Ludzie mi powiedzieli, że to tutejszy rabin. Był młody, miał ciemne włosy, piękne bursztynowe oczy i śniadą cerę.
- Nie odchodź jeszcze. Zostań z nami. – Musnął mnie lekko palcami, a jego dotyk był wyczuwalny i serdeczny. Wciąż czuję go na swojej skórze, choć przecież nigdy się nie zdarzył…
- Teraz muszę już iść, ale jeszcze tu wrócę, obiecuję… – wyszeptałam, patrząc w ciemny bursztyn jego spojrzenia.
On stał za mną i patrzył, gdy wychodziłam. Odprowadzał mnie wzrokiem, spokojnym i ufnym w następne spotkanie.
Szłam znów ulicą, którą znałam doskonale. Wielobarwne tłumy mijały mnie, a ja nuciłam pod nosem muzykę z jerozolimskiej synagogi.
Obudziłam się w momencie, gdy dochodziłam do jakiegoś pomieszczenia. Sen urwał się bezlitośnie, pozostawiając mnie niczym linoskoczka na linie. Z obrazem bursztynowych oczu pod powieką.
Była piąta rano. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W mojej duszy wciąż grała tamta muzyka.
Sięgnęłam po książkę i popychałam czas.

Rano jak zwykle siadłam do komputera. „Sprawdzę pocztę” – pomyślałam. Znalazłam w niej, oprócz kilku listów od czytelników, również list od Anny z Sanoka. Od paru tygodni korespondowałam z nią. Anna po lekturze moich książek postanowiła do mnie napisać i podzielić się przemyśleniami i wrażeniami. I tak została w moim życiu, a ja w jej.
Anna pisała do mnie, że właśnie ma za sobą bezsenną noc. Wieczorem przyszła do niej koleżanka Małgorzata, która opowiedziała o pewnym spotkaniu podczas niedawnej podróży do Jerozolimy…

Małgorzata uczyła się w liceum z Żydem, Danielem. Pochodził z rodziny polsko – żydowskiej. Po maturze postanowił wyjechać do Jerozolimy, by tam spróbować żyć w nowym świecie i wśród innych ludzi. Miał swoje powody.
Do kieszeni schował adres ludzi, którym podczas wojny rodzina Daniela udzieliła schronienia. Chłopak liczył na to, że odczują coś w rodzaju wdzięczności i pomogą mu w życiowym starcie. Pojechał przepełniony tą pewnością i od razu odszukał tamtych ludzi.
Jak bardzo mylił się! Nie tylko nie chcieli mu pomóc, ale udawali, że o niczym nie pamiętają.
- To nazwisko nic nam nie mówi… – trwała w uporze starsza kobieta, poprawiając okulary.
Zapomniała? Wymazała z pamięci tamten dramat? A może nie chciała, by ktokolwiek z tamtego świata kiedykolwiek zaplątał się w jej życie po raz kolejny?
Daniel wyszedł z wrogiego domu zły i zwiedziony. Wielki żal przepełnił jego serce; pojawiło się dziwne uczucie ślepej uliczki.
- Co teraz mam zrobić ze sobą? Przecież… Myślałem, że mi pomogą!
Znalazł pracę w jakimś barze. Ciasny służbowy pokój, a raczej nora do spania – to były początki w nowym kraju. Powoli układało mu się coraz lepiej. Nawiązał nowe znajomości. Był przewodnikiem turystycznym, a potem został rabinem – spełnił marzenie swojego życia. Dziś jest już dojrzałym mężczyzną o śniadej cerze i bursztynowych oczach… Jego ciemne włosy przyprószyła siwizna. Małgorzata przez parę lat podtrzymywała korespondencję z Danielem. Potem kontakt się urwał, życie obojga pobiegło swoimi ścieżkami. Bo przecież czasem jesteśmy dani sobie tylko na chwilę.

Małgorzata w tym czasie wyszła za mąż, kupiła mieszkanie, urodziła dwoje dzieci. Potem rozwiodła się i została tak zwaną kobietą na zakręcie. Parę miesięcy temu pojawiła się możliwość wyjazdu do Jerozolimy – to była jakaś tania wycieczka, na którą zdecydowała się razem ze swoją przyjaciółką Dorotą. O Danielu nawet nie pomyślała. Prawie zapomniała, że istnieje – był w jej pamięci strzępkiem wspomnień, z każdym dniem pokrywającym się coraz wyraźniejszą patyną czasu. Minęło tyle lat…
Zwiedzały Jerozolimę, przechodziły przez jej bramy. Pierwszy raz poszły tam o siódmej rano, zaraz po przyjeździe do hotelu, akurat w czasie, kiedy wszystko dopiero się budziło do życia. Dzieci szły do szkół, ludzie do pracy. Małgorzata pomyślała, jak to musi być cudownie tam mieszkać, a potem dotarło do niej, że dla ludzi stąd to przecież zupełnie normalne miasto. Dzieli się ono na cztery części: muzułmańską, ormiańską, chrześcijańską i żydowską. Muzułmańska jest najbardziej gwarna i zaniedbana. Uliczki są tak wąskie i kręte, że trudno trafić pod jakiś adres. Na domach nie ma numerów, z jednej uliczki skręca się nagle w bok, schodami na dół lub do góry, później jest jakiś mały placyk, z którego znowu rozchodzą się schody w różnych kierunkach. Dzielnica chrześcijańska podobna jest do muzułmańskiej, spotyka się jednak na niej więcej greckokatolickich księży i zakonników. Spacerom towarzyszą zapachy kadzidła i świec. Małgorzata zauważyła, że kolejna dzielnica – żydowska jest w najlepszym stanie, co nie znaczy, że odbiega jakoś znacząco od reszty. Też są tam labirynty uliczek, z tym, że… ponumerowane! Ta dzielnica spodobała się jej najbardziej. Przy Ścianie Płaczu spotkała modlących się Żydów z całego świata. Wkładali karteczki z życzeniami między kamienie Ściany. Małgorzata poszła tam nawet nocą, gdy na niebie widać było tylko iskrzące się gwiazdy. Patrzyła na białe karteczki wyobrażając sobie, że oto gwiazdy czytają marzenia ludzi z całego świata…
Odwiedziła też nieznaną synagogę. I tam właśnie, na kamiennych schodach spotkała rabina. Szedł lekko pochylony do przodu. Ten chód był dziwnie znajomy.
- Daniel?… – wyszeptała, a w jej wyobraźni powróciły obrazu ich wspólnej młodości i jego rozterek, związanych z wyjazdem do nowego, lepszego życia.
Mężczyzna zatrzymał się. Milczał. Patrzył na nią. A potem, gdy już rozpoznał jej twarz, uśmiechnął się szeroko:
- Małgorzata…

Oboje wiedzieli, że to będzie ważne dla nich spotkanie. Że dzięki niemu ocalą w sobie coś ważnego – wiarę w miłość, przeznaczenie, spełniające się marzenia…

Kiedy żegnali się, on mówił do niej:
- Nie wyjeżdżaj…
A ona odpowiedziała:
- Wrócę tu na pewno. Wkrótce.
Kiedy Anna usłyszała tę historię od Małgorzaty, od razu pomyślała o mnie.
- Zastanawiałam się, jak opowiedzieć ci o tym niezwykłym spotkaniu mojej koleżanki i o tym, jakie przeżycia jej towarzyszyły. Zbierałam słowa i czekałam, aż skończy się noc i świt, aż moi domownicy pójdą do szkoły i pracy, a ja będę mogła włączyć komputer i opisać Ci to wszystko – pisała w swoim liście Anna.

A ja…
Przecież to wszystko prześniłam tamtej nocy! Jej myśli pobiegły do mojego snu jak skrzydlate ptaki i stworzyły barwny obraz świata, w którym przecież nigdy nie byłam. I w którym czułam się w jak w domu.
Kiedy wczorajszego popołudnia Rena Kosmowska, redaktor naczelna „Natura i TY” zaproponowała mi napisanie opowiadania do powstającego specjalnego dodatku o duchach, zjawach i innych łącznikach ze światem niedotykalnym, powróciło do mnie tamto wspomnienie. I pomyślałam, że pięknie byłoby ocalić owo duchowe spotkanie – moje z Anną, we śnie. To był ten rodzaj metafizyki, który przecież zdarza się dość często, nie każdy jednak potrafi otworzyć na nią swoje serce.

Ot, zwyczajna magia codzienności, bardziej dotykalna niż niewidzialna zjawa…



Tu są moje opowiadania. Sięgnijcie czasem… Również opowiadanie Krętą uliczką duszy ukaże się wkrótce – w specjalnym dodatku. Powiem jeszcze, kiedy i jakim :)))!

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. Jota

    2 czerwca 2011 o 13:13

    Ciekawe, nastrojowe opowiadanie.
    A magia codzienności wciąż się pojawia…wczoraj wróciłam z Jerozolimy. Pozdrawiam moją Pisarkę Czarodziejkę.:)