RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

24 maj

Anna Janko, Pasja według św. Hanki:

Tęsknota to jest słowo na Ż:
żarzy sie, żagwi, żaluje, żebrze.
Tęsknota to jest słowo na B:
Boli,blisko,beznadziejnie,bez końca.
Tęsknota to jest słowo na T:
TY.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Słońce…

24 maj

Janowiec Lubelski, miły hotel. W oczekiwaniu na pierwsze spotkanie dzisiejszego dnia. Rozmyślam w ten dość ponury i deszczowy dzień. Wyobrażam sobie słońce.
Słońce. Największa z możliwych energia Wszechświata. Podobno w ciągu jednej sekundy emituje ono więcej energii, niż ludzkość zużyła od zarania cywilizacji. Daj mi wspaniale ciche słońce i jego promienie oślepiające – pisał Walt Whitman, amerykański poeta przesiąknięty wiarą w harmonię panującą we wszechświecie, celebrujący naturę i płodność.
Był czas gdy czczono Słońce. Przez wiele stuleci budowano mu wieże, złociste ołtarze, składano hołd o świcie, aż w toku wydarzeń wygasł człowiek dla Słońca, które dalej świeci… – pisała Maria Pawlikowska – Jasnorzewska. Te słowa oddają moc Słońca, pod który przyszło nam żyć. Tak, jak człowiek czuje się szczęśliwszy, gdy promienie słoneczne ogrzewają jego twarz, tak i rośliny reagują wzmożonym smakiem i zapachem, gdy świeci na nie słońce. Pomidor nie dojrzeje w chłodnym powietrzu, truskawka nie będzie rumiana i aromatyczna.
Energia słońca jest niemal dotykalna. Wyobrażam sobie, że nasiąkam nią jak gąbka. Że każdy oddech zmienia kolor mego wnętrza. Rozjaśnia je i wypełnia po brzegi. Nawilża. Można więc porównać energię słoneczną z wodą. Po prostu pij ją.
Zachód słońca jest kolejnym dobrym momentem, by patrzeć na słońce. Nasiąkać nim na swój przedsen. To, co w środku, to i na zewnątrz. Jakie masz myśli, takie jest twoje życie. To, kim jesteśmy, ma źródło w naszych myślach. Bazuje na naszych myślach. Jest stworzone z naszych myśli – mówi Dhammapada, ścieżka prawdy Buddy.
Wewnętrzne słońce trzeba w sobie codziennie przywoływać i budzić. Gdy już zacznie w tobie żyć, poczujesz, jak stopniowo zmienia się twoje życie. Dbajmy zatem o nasze początki dnia, o nasze spotkania ze słońcem, nawet kosztem wcześniejszych przebudzeń– pięknie jest troskliwie ogarnąć te pierwsze chwile dnia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Biała Podlaska w migawkach

23 maj

Zdjęcia dzięki Basi Piwoni! Z którą na ostatnim zdjęciu jestem, a potem, i z Jej mężem, Wiesiem, poszliśmy na włoską kolację

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Migawki z Zambrowa

22 maj

Dzięki DKK w Zambrowie mogę wrzucić fotki z tego spotkania. Piękne było. Podlasie gościnne… Panie cudowne, a panie Bożenka, Jadzia i Basia skradły moje serca…

 

 

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

22 maj

U Beaty Pawlikowskiej wypatrzone. Lubię, gdy Beata mnie inspiruje bądź zastanawia. Lubię jej słuchać. Lubię ją czytać.

I jeszcze oglądam Kasię Groniec. I myślę: Tak. Wszystko jest dziś chwilowe. Naskórkowe. Jednorazowe. Jak maszynka do golenia… Link dostałam od Roberta.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Biała Podlaska wieczorem

21 maj

Prosto z podróży po Podlasiu zjechałam na noc do miejscowości, co zwie się Biała Podlaska. Tu jutro mam spotkanie, dość wcześnie bo o 16.00, i jeszcze tu zanocuję, by wyruszyć w dalszą podróż. Lubię się przemieszczać, codziennie w innym miejscu, bo wówczas doceniam powroty.

„Pojedynek uczuć” wkrótce w księgarniach. Mnie miło, bom napisała rekomendację. Kiedyś w taki sam sposób pomogła mi Małgosia Kalicińska. I powiedziała, bym dobro kiedyś oddała. Więc to zrobiłam. Niech dane mi kiedyś dobro krąży, wraca… Może Pani Krysia potem komuś… Niech.

I jeszcze zdjęcie ze spotkania w Sejnach

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

21 maj

Wypatrzone u Beaty Pawlikowskiej

M.K. posyłam:

BĘDĘ Z TOBĄ

 

I haiku wypatrzone u Małgosi Braunek

***

W mojej nowej sukni
Dziś rano -
Ktoś inny.

Basho

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O bluszczyku kurdybanku opowieść

21 maj

Bluszczyk kurdybanek. Jak bardzo lubię tę nazwę. Jest… dźwięczna i wdzięczna. Nie brak go na Mazurach, ale nie tylko tam. Jest wszędzie. Już porasta nasze łąki i pola i nie każdy wie, że nadaje się do jedzenia! Ba, nawet jest bardzo zdrowy!

Dla ciekawych różnych smaków na wieczorność wpisuję moją o bluszczyku powiastkę:

Bardzo mi zależało na godnym przyjęciu Krysi na prowincji, tym bardziej, że przyjechała do mnie w wielkim kłopotem, a te rozważa się najlepiej przy pełnym żołądku. Już samo patrzenie na pięknie podane i pachnące danie wyzwala w nas odrobinę szczęśliwości. Jej reszta opanowuje nas po spróbowaniu pierwszego kęsa.

I nagle wpadłam na pomysł. W starych gazetach wyczytałam kiedyś o niepozornej bylinie, pospolitej na Mazurach, ale nie tylko. Rośnie to sobie w lasach, na łąkach czy pastwiskach, mijamy to coś zupełnie bez świadomości, że to można jeść. I że to smaczne, i to jak! Bardzo lubię gości otwartych na wszelkie smaki i pomysły kulinarne. Krysia właśnie taka była. Mogłam więc otworzyć wrota swojej wyobraźni i zaproponować jej…

Omlet z bluszczykiem kurdybankiem!

Najpierw spojrzała na mnie dziwnie. Potem odezwała się: a co to? Następnie chrząknęła i stwierdziła: no dobra, tylko mnie nie otruj.

Pozwolenie więc miałam. Zatem… do roboty!

Wiedziałam, w którym miejscu na łąkach za domem rośnie mój własny bluszczyk kurdybanek. Wiedziałam, bom go kiedyś przeflancowała od sąsiada Andrzeja, gdym od niego brała sadzonki krzewów. Razem z nimi zaplątał się bluszczyk, ja się przed nim nie wzbraniałam, bo wiedziałam już, co z niego za ziółko.

Poszłam więc na łąkę za domem po mój bluszczyk, zostawiając Krysię w kuchni sam na sam z kawą parzoną z odrobiną mięty. Koniecznie z mlekiem i cukrem. Wtedy jest najlepsza. Gorzka nie jest już taka smaczna więc jeśli nie słodzisz kawy, zrób tym razem dla niej wyjątek!

Bluszcz kurdybanek był na swoim miejscu. Krzewił się dość beztrosko, bo nikt go tu nie traktował kosiarką ani chemicznymi preparatami. Była już go spora kępa, którą z przyjemnością pomniejszyłam. By dodać pożywności mojemu omletowi, oberwałam jeszcze kilka najmłodszych listków pokrzywy. I wróciłam do domu, z tryumfującą miną.

Krysia spojrzała na mnie nieufnie. Nie wierzyła, że to znane jej z widzenia chwaścisko będzie nadawało się do jedzenia. A jednak…

- To jest bluszczyk kurdybanek. Pobudzi twój układ trawienny do produkcji soków żołądkowych, zaostrzy apetyt i wyreguluje przepływ żółci.  Wspomoże również wątrobę. Jak dla ciebie, zwierzęcia miejskiego, to chyba w sam raz?

To było pytanie retoryczne. Krysia już stała ze mą przy zlewie i patrzyła, jak płuczę delikatne łodygi.

Przygotowałam cztery jajka (bo też byłam głodna) i zapytałam: z mięsem czy bez?

Krysia chciała wersję bezmięsną, ale jeśli ktoś chce z mięsem, na przykład z wędliną lub kurczakiem, to wystarczy, że wcześniej podsmaży je na patelni.

Do miski wbiłam żółtka, dodałam kapkę śmietany i mąki oraz sól. Białka wlałam do drugiej miski i ubiłam je, gdyż w zamyśle miałam omlet biszkoptowy. Nie musi taki być, możemy jajka wymieszać w całości też dobrze.

Ja tymczasem wszystko połączyłam. Pokroiłam mój bluszczyk razem z pokrzywą i szczypiorem. Dodałam do ciasta i delikatnie wymieszałam. Wylałam na patelnię i usmażyłam, potarkowałam żółty ser, posypałam nim mój omlet i chwilę jeszcze zostawiłam pod przykrywką.

Krysia zajadała ze smakiem. Zaproponowałam jej, że może dodać sobie sosu czosnkowego lub żurawiny. Druga wersja smakowała jej bardziej.

Jadłyśmy z apetytem, popijając zimną lemoniadą – cytryna z miodem zalana wodą. Z kranu. Mam dobrą wodę, a w dzieciństwie piłam wodę z kranu i nic mi się nigdy nie stało. Dlaczego więc po skończeniu czterdziestu lat mam tego nie robić?

- Czuję, że żyję… – Westchnęła moja koleżanka i odsunęła pusty talerz. Zabrałam go i wstawiłam do zlewu, umyłam wraz z moim, rękami, gąbką tylko i płynem. Uważam bowiem, że zmywarka to niepotrzebny zbytek.

- Miałaś mi o czymś opowiedzieć…. – zagadnęłam, ciekawa pewnej historii, z którą Krysia przyjechała do mnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pomysł na wiosnę

20 maj

Pani Ewie dziękuję za list i… wiosenne przepisy. Wrzucam je tutaj, bo może zainteresują. Osobiście zamiast kwasku cytrynowego (nie używam) użyję cytryny, pani Ewuniu! A reszta super:

Chciałabym jeszcze raz podziękować za wspaniałe spotkanie w Zebrzydowicach.Znam inny przepis na syrop z mięty niż podaje Pani w „Prowincji….” otóż bierze się 25-30 gałązek mięty z liśćmi daje się do garnka zasypuje 3 łyżkami kwasku cytrynowego i odstawia się na 2 godziny po czym zalewa się 1 litrem przegotowanej gorącej wody i odstawia na 12 godzin,po tym czasie zlewa się płyn wsypuje się do niego 1kg cukru, to zagrzewa się  tak długo aż się cukier rozpuści, rozlewa do słoiczków i można pasteryzować/na zimę/Jest to rewelacyjne. A propos naturalnego odżywiania to wczesną wiosną robię surówkę: kupuję cykorię idę do własnego ogrodu i zbieram liście pokrzywy, mlecza, szczawiu,krwawnika i szczypiorku, wszystko drobno kroję dodaję soli, cukru, soku z cytryny lub octu winnego/śmietany lub oleju, mieszam i zjadam – jest niepowtarzalna w smaku. A owoce pigwy lub pigwowca kroję w plasterki, przesypuję cukrem odstawiam aż powstanie sok, który zlewam do słoiczków lub buteleczek i pasteryzuje – bomba witaminowa na zimę jak znalazł. Lepsza niż cytryna. Serdecznie pozdrawiam. Życzę powodzenia i Zdrowia. Ewa.

A tymczasem już zbieram się powoli do Sejn (senne Sejny – tak lubię mówić), po nich Augustów i Mońki. Cieszę się na to Podlasie. Lubię tu być.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

List wzruszenia

19 maj

Kasi dziękuję za piękny list. Pozwoliła ocalić od zapomnienia. Robię to – bo czuję, że jest również mi bliska:

Dzień dobry Pani Kasiu,
proszę wybaczyć moją poufałość, ale sama noszę to samo imię i nie lubię, gdy ktoś mówi do mnie Katarzyna. Chciałam Pani podziękować za to, co Pani pisze i w jaki sposób to robi. Za to, że daje Pani nadzieję, mimo iż Pani książki nie należą do „lekkich odstresowywaczy”. Raczej zachęcają do refleksji i nostalgii za wartościami, o których dzisiejszy świat zapomniał: tradycją, rodziną, kontaktem z naturą. Sięgnęłam po Pani książkę przypadkowo, dwa lata temu, gdy wraz z moich chłopakiem walczyliśmy o jego życie. Choć wspierało nas wtedy sporo osób, to i tak wydaje mi się, że byliśmy sami, ja byłam sama. Diagnoza „rak”, którą usłyszeliśmy, przewróciła nasze życie do góry nogami. Pierwszy raz usłyszałam wtedy długo wyczekiwane „kocham cię” i „jesteś miłością mojego życia”. Zwyciężyliśmy mimo przerzutów. Nadal jeszcze, czekając na comiesięczne wyniki badań, drżymy zanim zerkniemy na wyniki. Nasze życie na pewno nie będzie już nigdy takie jak było, zupełnie beztroskie. W czasie tego jednego roku, spędzonego w szpitalach, poczekalniach, autobusach, samochodach, taksówkach oboje postarzeliśmy się jakby nagle przybyło nam 10 albo 15 lat, a przecież nie mamy jeszcze 30! Zmęczona, zdruzgotana straciłam całkowicie wiarę w Boga. Do dziś nie mogę uwierzyć, że może się zgadzać na takie tragedie. Milczeć, gdy widzi jak w ciężkich bólach odchodzą młodsi i starsi. Ile poznaliśmy wtedy osób, których teraz już z nami nie ma! Nie potrafiłam i nadal nie umiem czytać książek, które traktują o walce z chorobą albo poruszają inne trudne tematy. Moją rozrywką stało się wszystko to, co lekkie i przyjemne, co czyta się jednym haustem, a później zapomina, że kiedykolwiek miało się to w rękach. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedyś sięgnę po literaturę, która nie jest zabawną historią miłosną albo kryminalną, którą łyknę jak antydepresant. Aż do dnia, kiedy w bibliotece wypożyczyłam „Czas w dom zaklęty”. Nie sądziłam, że ktoś jeszcze pisze takie książki. Z wierszami, zdjęciami, poetyckie, wciągające jak narkotyk, a jednocześnie niełatwe. Ile znalazłam zdań, które świetnie do mnie pasowały, ile wskazówek! A przecież miałam już nie czytać ambitnej literatury… Nie miałam na nią siły… W grudniu 2012 r. przypadkiem weszłam do księgarni. Zastanawiałam się właśnie, co mogę dać przyjaciółce na urodziny, gdy w ręce dosłownie „weszła mi” książka „Kiedyś przy Błękitnym Księżycu”. Nie wierząc w to, co czytam na okładce, pobiegłam do kasy i zadzwoniłam do przyjaciółki. „Kiedy się spotkamy?” – spytałam. „Mam coś dla Ciebie”. Iza jest DDA, od ponad roku chodzi na terapię. O swoim terapeucie mówi „dealer”, bo wychodzi od niego, jakby była po narkotyku. Przeczytała tysiące książek na temat DDA i wciąż jest głodna wiedzy na ten temat, poznania historii innych. Ucieszyła się z podarunku, a ja ucieszyłam się parę tygodni później, gdy dostałam od niej smsa: „Kochana, dziękuję ci. Wierzę, że mi się uda. To była najpiękniejsza książka o moim życiu”. To była świetna rekomendacja, żeby samej sięgnąć po tę pozycję. Przeczytałam z zapartym tchem, wynotowałam kilka życiowych stwierdzeń, które pomagają mi teraz, gdy życie znowu się do mnie nie uśmiecha. Walczymy o przetrwanie naszej rodzinnej firmy. Znowu, aby się nie martwić i bardziej nie stresować brakiem zamówień, przegapieniem jakichś okazji, pustym kontem w banku i piętrzącymi się kredytami, ratuję się Pani książkami… Mogę nie mieć pieniędzy na nowe ubranie albo na słodycze, ale na Pani książkę zawsze… Zresztą staram się nie myśleć, że ich nie mam, bo „kto zawsze mówi, że nie ma pieniędzy ten ich nigdy nie będzie miał” czy jakoś tak, to Pani napisała. Sama prawda, staramy się z siostrą znaleźć remedium na nasze kłopoty. Czytamy, szukamy w Internecie wskazówek, jak myśleć, co robić. Zainteresowałyśmy się  nawet feng shui, wierząc, że wprowadzenie kilku zmian w naszej firmie i domach może odmieni nasz los. Ciężko pracujemy, czasami marzę o tym, żeby po prostu zniknąć, oderwać się od tych wszystkich problemów i wtedy sięgam po kolejne Pani książki. One trafiają do mnie z niesamowitą mocą. Czytam tuż przed snem i potem cały dzień myślę tylko o tym, aby z powrotem wrócić do lektury i zagłębić się w ich poezję. Dziękuję raz jeszcze za odrywanie mnie od rzeczywistości, a jednocześnie przywracanie do niej. Życzę Pani wielu sukcesów. Mam nadzieję, że będę miała kiedyś okazję uczestniczyć w Pani spotkaniu autorskim.
Pozdrawiam serdecznie,


Kasia

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii