RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Jesienne gotowanie

31 paź

Jesienią jemy gotowane i pikantne. Odstawiamy zielone sałaty, a sięgamy po imbir. Jeśli tak jemy, nie będziemy chorować. Dziś przyrządziłam obiad dyniowy, wszak dyniami jesień darzy…

Zupa krem z dyni i pierogi z dyni. Dynię wielką upiekłam, wydrążyłam miąższ, obrałam i zrobiłam piure (blenderem). Część odstawiłam do zupy, do drugiej części dodałam żółtko, przysmażoną cebulkę, imbir potarkowany, sól, pieprz i bułkę tartą dla gęstości. Odstawiłam do zgęstnienia. Zrobiłam ciasto na pierogi: mąka, wrzątek, odrobina soli i oliwy. Mieszałam łyżką w misce, bo gorące, gdy lekko wystygło, na blat i wyrabiałam. Odstawiłam na pół godziny, żeby gluten się rozpulchnił (ciasto lepsze). W tym czasie dolałam wody do mojego piure z pieczonej dyni, zagotowałam, dodałam imbir, pieprz świeżo mielony, sól, trochę masła i mleko kokosowe oraz, najważniejsze, gałkę muszkatołową świeżo utartą. Dosypałam koperku. Gdy zupa była gotowa, uformowałąm pierogi, zagotowałam i polałam cebulką. Posypałam kiełkami i dodałam papryczki czereśniowe z serem w środku. No i taki to obiad – prosty i ileż w nim zdrowia na chłodniejsze dni!

Deser jesiennego obiady dyniowego. Ciasto czekoladowe bez odrobiny mąki. Kostkę masła rozpuściłam w garnuszku, dodałam dwie czekolady gorzkie, wsypałam 200 gram zmielonych migdałów i pól szklanki cukru trzcinowego. Wymieszałam, Gdy wystygło, dodałam cztery całe jajka. Wrzuciłam na formę od tarty, piekłam w 160 stopniach około 40 minut.. Wystrczy tyle, by ściął się wierzch, bo jeśli ciasto sprawia wrażenie lekko niedopieczonego, to właśnie wtedy jest dobre. To ma być coś w rodzaju sufletu. Posypałam płatkami migdałów, ale również malinami można bądź innymi zdrowymi pysznościami, a nie sztucznie barwioną i niesmaczną posypką ze sklepu. Można dodać torebkę cukru migdałowego. Będzie smakować jak marcepan.

 

Bo nie ma jak w kuchni…Pachnącej pysznym jedzeniem…

Zanim jednak dotarłam do kuchni, zaserwowałam sobie samotną wyprawę ku słońcu. Tym razem na rowerze.

Jesień nad Czosem jest piękna…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozmyślania północne

21 paź

Zaraz północ. Czas pomyśleń.

Późna jesień sprzyjała wędrówkom wewnątrz siebie. Wiosna i latem wybiegamy w przestrzeń i czujemy nadmiar siły i ciekawości, by badać świat. Jesień i zima nas ukorzeniają. To zgodne z cyklem przemian. Rośliny o tej porze roku ukorzeniają się głębiej, absorbując wszystko, co wartościowe… Z człowiekiem jest tak samo. Czułam, że trwam w chwili. Przypomniałam sobie słowa mego nauczyciela jogi o uważności. Tak często mówił, by porzucić swoje myśli, zostawić je obok i trwać w tym, co jest teraz. Próbowałam więc trwać, choć nie zawsze mi to wychodziło. To były moje codzienne ćwiczenia.
Trwanie w chwili to również trwanie w okolicznościach. Gdy idzie się pod wiatr, a ten przenika przez najgrubsze warstwy kurtki. Gdy idzie się w deszcz, a buty stopniowo zamakają. Zawsze jest jednak jakiś powrót, jakiś dom, jakaś herbata. Na przykład, gdy idzie się górskim szlakiem. Powolna wędrówka, wspinanie się, czasem w niewygodzie, z piaskiem w bucie lub siąpiącym deszczem, którego się nie widzi, a namaka się nim niemal natychmiast – to forma oderwania swoich myśli od niepokojów, próba zmiany priorytetów. Nie liczy się już zastanawianie, co słychać w domu, czy moje książki sprzedają się albo czy zapłaciłam ostatni rachunek za telefon. Uważność zmienia ważność. W takiej sytuacji bardziej obchodzi mnie ciurkanie deszczu na liściach, szuranie wysuszonego słońcem piasku, prostota myślenia i prostota ciała, które zdobywa kolejny szczyt, pokonuje kolejne ograniczenie. Gdy pojawia się zmęczenie, staram się utrzymywać myśli w mojej wyprawie. Widzieć rozkwitające kwiaty i myśleć, ile sił mają, by rosnąć na skałach. Obserwować mijających mnie ludzi i zastanawiać się, kim są i dlaczego spotkałam ich właśnie tu i teraz? Trwanie w pogodzie lub podróży jest również formą medytacją chwili. Myślę, że podróż to swego rodzaju stan ducha. Holly Golightly, bohaterka „Śniadania u Tiffany’ego” na wizytówce miała napisane „Holly Golightly – w podróży”, co świadczy o jej poczuciu tymczasowości w życiu. Lubię, gdy moje życie zmienia się. Zmiany mnie fascynują. Gdy życie jest rzeką, a nie martwym stawem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bębnienie o rynny

21 paź

Na dzisiejsze bębnienie w rynnach. Robert Kasprzycki.

 

Późna jesień sprzyjała wędrówkom wewnątrz siebie. Wiosna i latem wybiegamy w przestrzeń i czujemy nadmiar siły i ciekawości, by badać świat. Jesień i zima nas ukorzeniają. To zgodne z cyklem przemian. Rośliny o tej porze roku ukorzeniają się głębiej, absorbując wszystko, co wartościowe… Z człowiekiem jest tak samo. Czułam, że trwam w chwili. Przypomniałam sobie słowa mego nauczyciela jogi o uważności. Tak często mówił, by porzucić swoje myśli, zostawić je obok i trwać w tym, co jest teraz. Próbowałam więc trwać, choć nie zawsze mi to wychodziło. To były moje codzienne ćwiczenia.
Trwanie w chwili to również trwanie w okolicznościach. Gdy idzie się pod wiatr, a ten przenika przez najgrubsze warstwy kurtki. Gdy idzie się w deszcz, a buty stopniowo zamakają. Zawsze jest jednak jakiś powrót, jakiś dom, jakaś herbata. Na przykład, gdy idzie się górskim szlakiem. Powolna wędrówka, wspinanie się, czasem w niewygodzie, z piaskiem w bucie lub siąpiącym deszczem, którego się nie widzi, a namaka się nim niemal natychmiast – to forma oderwania swoich myśli od niepokojów, próba zmiany priorytetów. Nie liczy się już zastanawianie, co słychać w domu, czy moje książki sprzedają się albo czy zapłaciłam ostatni rachunek za telefon. Uważność zmienia ważność. W takiej sytuacji bardziej obchodzi mnie ciurkanie deszczu na liściach, szuranie wysuszonego słońcem piasku, prostota myślenia i prostota ciała, które zdobywa kolejny szczyt, pokonuje kolejne ograniczenie. Gdy pojawia się zmęczenie, staram się utrzymywać myśli w mojej wyprawie. Widzieć rozkwitające kwiaty i myśleć, ile sił mają, by rosnąć na skałach. Obserwować mijających mnie ludzi i zastanawiać się, kim są i dlaczego spotkałam ich właśnie tu i teraz? Trwanie w pogodzie lub podróży jest również formą medytacją chwili. Myślę, że podróż to swego rodzaju stan ducha. Holly Golightly, bohaterka „Śniadania u Tiffany’ego” na wizytówce miała napisane „Holly Golightly – w podróży”, co świadczy o jej poczuciu tymczasowości w życiu. Lubię, gdy moje życie zmienia się. Zmiany mnie fascynują. Gdy życie jest rzeką, a nie martwym stawem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Miłość maleńka…

20 paź

Maleńka mnie dziś odwiedziła. Tylko nie chciała pozować. Za to jak biega już na nożynach swoich, jak dom wypełnia tupotem. Jak jej wiele…, i w domu i sercu. Zuzanna Enerlich. Cioteczna wnuczka. A jak własna…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jesteś tym, co jesz…

19 paź

Dziś napiszę o jedzeniu. A właściwie o najedzeniu się.

A do pełnego najedzenia potrzeba nam naprawdę niewiele. A owo niewiele, to tyle, co mieści się w dwóch złączonych dłoniach. Zrób teraz coś takiego. Połącz dwie dłonie w koszyczek tak, jakbyś chciała lub chciał nabrać doń wody. Przyjrzyj się objętości i zapamiętaj ją. To rozmiar odpowiedniej dla ciebie porcji jedzenia, która powinieneś zjeść w ciągu jednego posiłku. Mężczyźni mają większe dłonie, są więksi i potrzebują większej porcji. Kobieta taka jak ja, ze swoim 163 cm i dość małymi dłońmi potrzebuje naprawdę niewiele.

Teraz każdego dnia rób wszystko, co w twojej mocy, by zbliżyć się do ideału – czyli do tego, by na twoim talerzu była taka właśnie porcja. Jeśli twój żołądek jest przyzwyczajony do dużej ilości jedzenia, objętość ta zapewne cię przerazi. Są osoby, które potrafią na jedną porcję obiadową pochłonąć tyle jedzenia, co mieści się na dużym talerzu do domowej pizzy. Przejść z takiego etapu do etapu dwóch złączonych garści jest zapewne trudne, ale możliwe.

Dominique Loreau radzi, jak doprowadzić swój żołądek do normalnego rozmiaru, czyli przyzwyczaić się do jedzenia mało. Przez dwa, trzy dni trzeba nałożyć sobie restrykcje żywieniowe. Nie dłużej, chyba że twój żołądek jest bardziej rozciągnięty. Mirielle Guiliano, autorka książki Francuzki nie tyją ma na to swoją weekendową metodę:

- Ugotuj kilogram porów na wolnym ogniu przez 25 minut w 1,5 litra posolonej wody.

- Odłóż białą i zieloną część porów na bok, a mały kubek wywaru wypijaj co dwie, trzy godziny. W sobotę w południe, w sobotę wieczorem i w niedzielę w południe zjedz pory z odrobiną oliwy z oliwek i soku z cytryny, ewentualnie dopraw solą, pieprzem i posiekaną natką pietruszki.

- W niedzielę wieczorem zjedz 125 gramów mięsa lub ryby z niewielką ilością warzyw ugotowanych na parze, przyprawionych odrobiną masła lub oliwy.

Przekonasz się, że w poniedziałek twój apetyt będzie mniejszy. Ta stara receptura pomaga również przy zatruciach lub problemach z trawieniem.

Mam znajomego, który raz w roku nie jadł nic przez prawie miesiąc, wyłącznie pił. Opowiedział mi potem, że nie jedząc, zmienia się optyka postrzegania świata. Czuje w sobie więcej dobroci, niż złości, w sposób wręcz metafizyczny odczuwa miłość, a pomysłów rzeźbiarskich (jest artystą!) ma całe mnóstwo. Są tak doskonałe, że – jak mówi – nigdy nie wymyśliłby ich w czasie, kiedy normalnie je. Zapytałam go, jak potem wraca do jedzenia.

- Powoli. Piję soki. Wezmę jeden mały owoc. Raz była to czarna porzeczka. Nawet nie masz pojęcia, jak po miesiącu niejedzenia smakuje porzeczka! Co dzieje się ze zmysłami, gdy ją jesz!

Osoba, która nie ma silnej woli, za to na poważnie traktuje reklamy i media i daje sobą manipulować, ma naprawdę dość twardy orzech do zgryzienia – jak to wszystko ze sobą pogodzić. Jedzenie kreowane jest dziś na sens życia. A przecież to, że jest przyjemnością, nie znaczy, że jest jego piedestałem. Konsumpcjonizm, na przykład w telewizji, przeraża mnie. Wciąż napotykam tam zadziwiające paradoksy. Śmieciowe jedzenie, lansowane podczas mistrzostw w piłkę nożną, w której przecież, jak w każdym sporcie, chodzi o promowanie zdrowego stylu życia czy tak zwane lokowanie nie zawsze zdrowotnych produktów w serialach o zdrowym stylu życia. Odbieramy to i zapamiętujemy, a potem czipsy kojarzą nam się z elementem sportowego stylu, podczas gdy mają się niego nijak. Są niepotrzebne dla naszego organizmu, podobnie jak wszelkiej maści wafelki i batoniki. Niczego dobrego nie dają, zapychają przewód pokarmowy, oddają nam swoje kalorie a wraz z nimi tłuszcz i cukier. I to wszystko.

Świat każe nam więc bezustannie jeść. Pokolenie od lat 90.tych, kiedy dobro tego konsumpcyjnego świata ukazało się w sklepach, w górę to ludzie wychowani głównie na słodyczach, śmieciowym jedzeniu i kalorycznych napojach. Czy zauważyliście, że co druga nastolatka ma zadziwiająco rozłożoną tkankę tłuszczową, która zbiera się w jej w nadmiarze w okolicach talii i brzucha? A przecież ta dziewczyna nigdy nie chodziła w ciąży i nie urodziła dziecka. Wygląda, jakby urodziła ich troje. To wina niezdrowego i permanentnego jedzenia. Za parę lat, gdy już będzie kobietą, może wyglądać jeszcze gorzej. To samo dzieje się z młodymi chłopaki. Coraz trudniej o chłopaka o smagłej, wysportowanej sylwetce i sprężystym kroku. Godziny spędzone przed komputerem i na zjadaniu tego, co w szafce lub lodówce, robią swoje.

Dawniej człowiek jadł wtedy, gdy był głodny. Naprawdę tak było…

Dziś ludzie wolą łykać tabletki, niż zadawać sobie trud, by mądrze i z głową stracić kilogramy i ich nie odzyskać. To wiąże się ze zmianą filozofii odżywiania, a czasem się PO PROSTU NIE CHCE. Myślą, że wystarczy łyknąć tabletkę lub wyjechać na dwutygodniowy turnus dla puszystych (już samo samo określenie bagatelizuje to społeczne zjawisko. Moim zdaniem otyłość jest chorobą cywilizacyjną). Chęć zmiany wyglądy musi narodzić się w naszym umyśle. To TY MUSISZ TEGO CHCIEĆ. I musi CI SIĘ CHCIEĆ CHCIEĆ. I nie odkładaj tego do poniedziałku.

Po prostu… Zacznij więc mniej jeść. Nie schudniesz od razu, bo nie można w dwa tygodnie stracić tego, co przybyło przez wiele lat. Tak się nie da. Ale już następnego dnia będziesz mieć lepszy nastrój. Że dokonałaś lub dokonałeś czegoś ważnego. Że masz za sobą pierwszy krok. Ten pierwszy krok ułatwi ci postawienie następnego. Wytrwaj w tej marszrucie – dla siebie. Każdego dnia będziesz mniej jeść. Wyklucz ze swojego jedzenia niepotrzebne wypełniacze. Chleb, makarony, ryż, ziemniaki rozpychają twój żołądek, a ty musisz pracować nad jego kurczeniem. Zapewniam, że można żyć bez codziennych kanapek i porcji ziemniaków na obiad. No i polub kiełki, zwłaszcza o tej porze roku!

Pomyśl o tym, jaki ruch możesz zaserwować swemu organizmowi. Ruch jest naturalnym stanem i organizm dobrze się w nim czuje. O wiele lepiej, niż na kanapie przed telewizorem lub przed komputerem. Ja, by poprawić swój wygląd, wyszczuplić nogi i wzmocnić mięśnie, zaczęłam ćwiczyć jogę. Dopiero potem dotarło do mnie, że joga to przede wszystkim sztuka życia.

Ktoś inny wybierze aerobik, bieganie, pływanie. Niech każdy wybiera to, w czym dobrze się czuje. Ważne, by w ogóle coś wybrał i zdecydował się na ruch.

Twoje ciało również będzie się zmieniać, o ile tego będziesz chcieć. Bo jesteś tym, czym są twoje myśli. Jeśli postanowisz, że tak ma się właśnie stać, to tak się stanie. Jeśli jednak uznasz, że i tak masz mało siły i wytrwałości, by zmienić swój wygląd na taki, o jakim zawsze marzyłaś lub marzyłeś, to pewnie się tak właśnie stanie. Będziesz mieć tej siły zbyt mało. Mówisz i masz. To proste prawo wszechświata.

I jeszcze taki przykład z mrągowskiej kawiarni.

Trzy kobiety spotykają się w kawiarni. Rozmawiają między sobą: nie powinnam jeść tego sernika, ale tak mnie kusi. Zobacz na ten tort. Nie powinnam go jeść, i tak już jestem gruba. Te kremówki… Bomba kaloryczna, Nie, nie mogę, jestem na diecie.

Po czym wszystkie trzy zamawiają sobie podwójne porcje a do picia czekoladę z bitą śmietaną.

Każdy z nas dysponuje możliwościami przywrócenia naszemu ciału pięknego wyglądu sprzed lat. Każdy z nas może jeść to, co jest mu potrzebne, a odmawiać tego, co obciąży organizm. Dominique Loreau, pisarka promująca zdrowy styl życia, zachęca, by pewnego dnia powiedzieć sobie: Mała ilość pokarmu mi wystarcza. To ciało, to życie – to ja. Podaje też kilka złotych reguł, które pozwolą ci schudnąć:

U siebie w domu

- nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,

- nie jedz od razu niczego, co wyciągasz z lodówki lub szafki; zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki;

- nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,

- rozpoczynaj wszystkie posiłki do zupy, surówki czy sałatki,

- po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię,  żeby nie ulec pokusie spożycia w większej ilości,

- zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy – żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach. (ja zwykle noszę przy sobie jabłko – przyp. mój).

 

W restauracji:

- poproś o podanie sosu osobno;

- poproś o zapakowanie resztek posiłku, by zabrać je do domu;

- nie jedz chleba;

- podziel się z drugą osobą przekąską, deserem.

 

Każdego dnia:

 

- wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się spać wieczorem;

- jedz trzy lekkie posiłki dziennie;

- nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw;

- zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem (i to najlepszej czekolady);

- po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni;

- w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, gdy jesteś sam – dla zdrowia;

- jedz zimą zupy, a latem surówki i sałatki z warzyw;

- nigdy nie jedz więcej niż pięć posiłków tygodniowo poza domem;

- jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę.

Tyle Dominique Loreau w „Sztuce umiaru”[1]. Warto jeszcze wspomnieć o idealnych jednostkach miary, danych nam przez naturę. Jedno jabłko, jedna brzoskwinia, jedna cebula, jeden ziemniak, jedno jajko.

Każdy ma wybór. Można pójść tu albo tam…

 


[1] Wyd. Czarna Owca

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wspominam…

18 paź

Piękne spotkania za mną. Dziś wspominam to w Śremie. Bom dostała zdjęcia i obiecałam, że się podzielę.
I relacja ze spotkania w Starym Mieście koło Konina

A tak było mi na Kielecczyźnie. Dziękuję Małgorzacie Grodzickiej za organizację pięknej trasy.

Zdjęcie ze spotkania w Wąchocku

Spotkanie w Michałowie

Spotkanie w Dobromierzu

A poniżej spotkanie w Skarżysku Kościelnym:

A tak było w Zagnańsku:

I w Radoszycach:

I z Małgorzatą Grodzicką koordynatorką spotkań w Kielcach:

Za piękne spotkania pięknie dziękuję. Było mi tam dobrze i rodzinnie. A opowieściom nie było końca!

 

A tak było w Starym Mieście koło Konina

Lidii Tomczak ze Śremu za przesłane zdjęcia dziękuję!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeka

17 paź

Niech rzeka płynie. Ty siądź i patrz w jej nurt…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pierwszosłowość książki.

17 paź

 - Jesteś moją trzecią połówką pomarańczy.

Trąci niemożliwym. Wszeptujesz te słowa w czułe miejsce za moim uchem. Krew i limfa przejmują je i roznoszą nieustannie po ciele. Wrastasz we mnie tunelami ciepłych żył, delikatnym drżeniem nerwów i komórek. Nasiąkam tobą. Mam cię we krwi.

Od dziś wierzę w istnienie trzeciej połowy. Przecież nie mógłbyś mnie okłamać…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jesień trwa… Żyjemy już inaczej…

15 paź

Wszystko na świecie pulsuje, przechodzi jedno w drugie. Jesień w zimę, zima w wiosnę. Nie ma jesieni bez lata. Nie ma burzy bez upału. Nie ma mężczyzny bez kobiety. Nie ma nocy bez dnia.

Teraz staje się jesień. Żyjemy inaczej. Bliżej ognia i ciepła.

Siedzę wieczorem przy kuchennym stole, z lampą, jak w moich marzeniach, wiszącą tuż głową, z kubkiem białej herbaty z płatkami nagietka. I… suszę przy gorącej kozie grzyby oraz jabłka w specjalnej suszarce. Kot leży na krześle obok, pies szczeka na tarasie i skutecznie rozpędza półzimowe duchy moich łąk.

O ile pies jest oczywistością, o tyle mój kot zawsze mnie zastanawia. Wojciech Mann w jednym ze swoich felietonów napisał kiedyś, że jego kot nie wita go w drzwiach, nie cieszy się na jego widok… Mój kot jest inny. Może to dlatego, że mieszka z psem i z jego zachowania czerpie czasem wzorce? Mój kot wita mnie nawet, gdy z sypialni schodzę schodami w dół, chwilowo przez niego zajęty…  Kocie sprawy pasjonują mnie, bywa, że bardziej, niż ludzkie, bo czasem, niestety, są to tylko sprawki. Życie, a do tego kot, daje niewiarygodny wynik, naprawdę! Jest wolnością, pachnie nią i iskrzy. Gdy piszę, zaczyna mi tuptać po klawiaturze i przeciągać się nieznośnie, każde słowo mi przeciągając swoją rudą łapką…

Jest cicho, ciepło. Dobrze. Dymi kilka kropel olejku geraniowego na białym fajansowym talerzyku, postawionym na świeczce. Podświadomie czekam na zimę. Moje łąki i pola wkrótce będą zasypane śniegiem. Nie będzie wówczas widać, gdzie kończy się owo pole, a gdzie zaczyna łąka. Lubię ciszę zimy. Jej mroźne chrobotanie pod butami, pomruki w zamarzniętych gałęziach. Zupełnie inaczej brzmi wiatr zimą, inaczej latem. Teraz jednak w moim domu panuje zapach suszonych jabłek.

Wiem, że o tej porze roku muszę jeść inaczej. By ogrzać się od środka. Muszę też żyć inaczej.

Żółty Cesarz w „Kanon Medycyny Chińskiej Żółtego Cesarza” autorstwa Maoshing Ni radzi tak:

„Jesienią należy udawać się na spoczynek o zachodzie słońca i wstawać o świcie. Z nadejściem jesieni aura się ochładza, podobnie jak ochładzają się emocje. Dlatego jest ważne, by zachować spokój i nie dopuścić do depresji. Dzięki temu można łagodnie przejść w okres zimy. Jesień to czas na skupienie energii, ześrodkowanie ducha i poskromienie żądz. Trzeba dołożyć starań, by energia płuc była silna, czysta i zrównoważona. Zaleca się wykonywanie ćwiczeń oddechowych w celu wzmocnienia qi (energii życia) płuc. Jesienią należny też powstrzymać się od palenia papierosów i unikać przeżywania smutku, który jest emocją związaną z płucami. W ten sposób można się uchronić od chorób nerek i dolegliwości trawiennych podczas zimy. Jeśli nie przestrzega się tego naturalnego porządku, dochodzi do uszkodzenia płuc. Na skutek tego zimą pojawiają się biegunki z niestrawionymi resztkami pożywienia, a to z kolei naraża na szwank zdolność ciała do gromadzenia i przechowywania.”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

15 paź

Dziś pogrążam się w ciszy domu. Pierwszy raz od powrotu z podróży. Na cały dzień zamykam drzwi, wyłączam telefon. Niech Wam się dziś piękni i snuje na złoto jesień…

I Beatę Pawlikowską czytam

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii