RSS
 

Archiwum - Luty 28th, 2014

Krótka rzecz o szczęściu na piątek

28 lut

Dodaj do swojego dnia ulubionego smaku. Wyjdź na spacer i odetchnij świeżym powietrzem. Zmęcz się – jadąc rowerem, biegnąc lub tańcząc. Odzyskasz dobry nastrój. To zawsze działa.

PS. Endorfiny są najlepszymi przyjaciółmi. Kawa, alkohol, papierosy, słodycze stają niepotrzebne.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nagrodzeni

28 lut

Kochani! Konkurs literacki na Mrągowo24 wspomnienie o Mazurach już rozstrzygnięty, ale obiecałam, że wrzucę tu te opowieści, które najbardziej ujęły moje serce. Wszystkie były ciekawe i wzruszające… Wszystkie pokazały, jak kochacie Mazury. Mnie miło – bom z tej ziemi.

Toteż robię to z wielką radością. Pokazuję światu Wasze historie. Dziękuję za zgody na publikację.  Dostałam je z redakcji anonimowe, więc wybierałam obiektywnie.

Maria:

Jak przypłynęłam na Mazury…

 

          Kocham górskie wędrówki, a wyszłam za nawiedzonego wiatrem żeglarza, nie podejrzewając tego, co mi szykuje przyszłość. Mieszkałam wówczas w Krakowie z mężem i niespełna dwuletnią córeczką. O Mazurach wiedziałam jedynie, że to kraina tysiąca jezior i czyste powietrze. Wodne sporty były mi skrajnie obce, ale wysłuchiwałam częstych mężowskich opowieści o Mazurach, opowieści tak barwnych, jakby z tropików…Rejs był więc jedynie kwestią czasu i pierwszy zdarzył się 33 lata temu. W ówczesnym LOK-u w Wilkasach wyczarterowaliśmy „luksusowy” jak nam opisano, jacht Orion. Umówiliśmy się na ten rejs z zaprzyjaźnionym małżeństwem. Zdobyliśmy mięsne konserwy. Pół roku wcześniej wykupiliśmy kuszetki. Przyjaciele wzięli urlop. Pech chciał, że córeczka zachorowała. Wszystko wskazywało na to, że z rejsu wyjdą nici. Ale nie wyszły. Lekarka zasugerowała, że choremu dziecku trzeba zmienić klimat. Dlatego dwa małżeństwa z małym dzieckiem i sporym bagażem wyruszyły do Wilkas z przesiadką w Olsztynie. Podróż trwała noc i pół dnia. Wymęczeni podróżą dotarliśmy do portu w Wilkasach. Przywitała nas piękna pogoda. Przejęliśmy jacht od bosmana, którego trzeźwość była pod znakiem zapytania…i najpierw musieliśmy „luksusową” łajbę posprzątać, wysuszyć wilgotne materace, wyczerpać wodę z zęz. Ledwie skończyliśmy prace, zaczął się sztorm. Fale rozszalałego Niegocina waliły prosto w jachty, grożąc ich zniszczeniem. Mój mąż sternik, jedyny, który znał się na żeglarstwie, zadysponował szybkie wyjście w Niegocin. Szybkie ono wcale nie było, bo wiatr dopychał nas do brzegu, więc żagli nie można było postawić, pagajować mieliśmy się dopiero nauczyć, a silnika jacht oczywiście nie posiadał. Z pomocą kotwicy i lin przywiezionych z Krakowa cudem wyciągnęliśmy się w jezioro, postawiliśmy zarefowanego uprzednio grota i halsując, popłynęliśmy na południe. Córkę szybko ululał sztorm i zasnęła, a ja zaczęłam cierpieć na lokomocyjną chorobę. Marzyłam, aby jak najprędzej znaleźć się w zacisznej zatoce. W połowie Niegocina nie wytrzymał zużyty refpatent
i rozwinął się grot. Kapitan zadecydował o natychmiastowej zamianie grota na foka. Rzuciliśmy wiadro na linie i próbowaliśmy postawić foka. Wtedy okazało się, że bosman dał nam żagiel nie od Oriona. Trzeba było wrócić do Wilkas po ten właściwy, dryfując z wiadrem na linie. Zanim wymieniono nam żagiel, zrobiło się już szaro. Nie była to pora na żeglowanie w takich warunkach. Przywiązaliśmy jacht do pomostu  kilkoma linami, dodatkowo rzuciliśmy do wody dwie kotwice, aby jacht unosił się „płynnie” na falach. Mnie nadal szarpały mdłości. Kapitan był i jest odporny na sinusoidę fal. Przyjaciele w milczeniu znosili te niedogodności, ale jakoś nie chcieli nic jeść…. Położyliśmy się więc spać. W czasie bezsennej nocy przyrzekłam sobie- nigdy więcej rejsów ani Mazur. W nocy sztorm ucichł i rano mogliśmy spokojnie wypłynąć. Później już faktycznie mieliśmy „tropiki” i przyjaciele byli zachwyceni dwutygodniowym rejsem. Ale ja czułam się zmęczona, bo dziecko w rejsie było dla mnie dodatkowym, choć miłym obowiązkiem. Córeczka o dziwo szybko wyzdrowiała i świetnie się bawiła, co nas bardzo ucieszyło. Do dziś nie wiem, jak mężowi udało się mnie namówić na kolejny rejs także na wynajętej łajbie. Rejs trwał ponownie dwa tygodnie. Gdy kończyliśmy żeglarską wycieczkę, przypłynęliśmy do leśniczówki Skonał na Bełdanach, bo tutaj zdawaliśmy jacht. Wyładowaliśmy bagaż na brzeg, sprawdzamy bilety, zaglądamy w kalendarz i okazuje się, że nasz pociąg do Krakowaodjechał poprzedniego dnia. Pomyliliśmy daty !!! Cały następny dzień koczowaliśmy na olsztyńskim dworcu kolejowym. Szczęście jednak nam sprzyjało. Wróciliśmy do domu kuszetką, bo ktoś w ostatniej chwili zrezygnował z podróży. Dwa lata później przywieźliśmy na przyczepie do Piszu własny jacht, który mąż z kolegą zbudował w naszym garażu w Krakowie. Tym razem rejs był komfortowy. Jeszcze przez dwa kolejne wakacyjne sezony kursowaliśmy z jachtem na przyczepie, pokonując ponad sześćset kilometrów w jedną stronę. Dwójka naszych dzieci -córka i syn tradycyjnie na każdy z rejsów wyjeżdżała z Krakowa chora, a wracała z Mazur zdrowa. To dało nam tyle do myślenia… że dzisiaj jestem mieszkanką Mrągowa (od 1985 roku), a nasz jacht stoi na przyczepie na podwórku zaprzyjaźnionego gospodarza. Przyzwyczaiłam się do mazurskich regionalizmów, zaakceptowałam inność tej krainy, jakże różnej od Pogórza i gór. Wsiąkłam już w Mazury, ciągle zgłębiam wiedzę o nich, chętnie się nią dzielę z innymi. Piszę krótkie artykuły o wyjątkowości Mazur, które są publikowane w przyrodniczym kwartalniku „Wszechświat” wydawanym w Krakowie. Dlaczego? Bo mam świadomość, że ludzie, jak kiedyś ja, błędnie utożsamiają Mazury z cała Polską północno-wschodnią albo kojarzą je tylko ze Szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich. Próbuję w ten sposób pokazać prawdziwe dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe tej niewielkiej, magicznej krainy. Póki co, mam jeszcze pomysły na kolejne artykuły. Zaś Smętek utwierdza mnie w przekonaniu, że tu jest właściwa przystań dla nauczyciela biologii na emeryturze.

————————————————————-

Gabriela Kapała:

Opowieść ta nie miałaby sensu, bez nawiązania do teraźniejszości, bardzo dzisiejszej
teraźniejszości. Mianowicie do dnia dzisiejszego, kiedy to zakończyłam lekturę najnowszej
„Prowincji…”. Nawiązanie do owej powieści również nie miałoby sensu, gdyby nie przepełnienie
wyżej wymienionej… czarami. Gdyby nie zaczarowana książka, nie znalazłabym się na blogu
autorki i nie odkryłabym linku o konkursie. Nie zastanawiałabym się nad wyborem wątku mego
warmińsko-mazurskiego życia, godnego opisania. Nie doszłoby do… no właśnie, do czego? Mam
nadzieję, że spodoba się Państwu moja opowieść.
W dwa tysiące szóstym roku byłam szczęśliwą studentką piątego roku medycyny
weterynaryjnej w Olsztynie. Tak, tak, wiem- to Warmia – jedynie tytułem wstępu. Szczęśliwą, gdyż
nie zagrażało mi już powtarzanie roku. Profesorowie, im dalej w las, stawali się coraz bardziej
wyrozumiali. Na egzaminach oceniali rzeczywistą wiedzę. Liczyli się z zainteresowaniami
studentów, zdobywaną praktyką. Odpytywali, raczej, z dziedzin bliskich danemu delikwentowi,
bynajmniej na przedmiotach klinicznych. Ja dla przykładu, interesowałam się końmi. Marzyłam by
je leczyć, ba! By stworzyć w Polsce pierwszą klinikę rehabilitacji tych zwierząt dotkniętych
kontuzjami sportowymi. Uczyłam się od najlepszych: doktora Peczyńskiego i doktora Rasia. Ten
pierwszy nie przepadał za mną, bo urodziłam się kobietą, z pewnością nie po to, by leczyć konie. Z
drugim nie miałam konfliktów, ale zajmował się częściej rozrodem niż ortopedią, co mniej mnie
interesowało. Wsiąkałam całą sobą w wąskie środowisko hipiatryczne, jeździeckie i weterynaryjne,
z każdym miesiącem coraz bardziej.
Któregoś wiosennego dnia dwa tysiące szóstego roku podeszła do mnie Edyta, koleżanka z
grupy. Szara myszka, przez nikogo nie zauważana. Zakompleksiona, zamknięta w sobie. Nie
potrafiła wypowiadać się składnie na kolokwiach, nie malowała się, zawsze nosiła chustki na
głowie i ubierała się w niemodne sweterki. Miała opinię outsiderki, która nie potrzebuje innych, nie
szuka kontaktu i przyjaźni. Jak miałam się dowiedzieć jakiś czas później, wszystko z powodu
łysienia plackowatego, na które zachorowała po śmierci taty. Czy już zaczynacie Państwo rozumieć
dlaczego tak ważne jest w mojej opowieści nawiązanie do „Prowincji pełnej czarów”?
Zaproponowała mi wyjazd. Na trzydniową konferencję do pewnego mazurskiego
miasteczka. Póki co, celowo nie wymieniam nazwy. Nie mogłam jej kompletnie zrozumieć. Przez
cztery i pół roku praktycznie nie zamieniłam z Edytą ani słowa. Nagle wybrała mnie, bym przeżyła
w jej towarzystwie przygodę życia.
Okazało się, że od pierwszego roku studiów, Edyta, w wolne dni, uczęszczała na praktyki do
doktora Wróblewskiego z Pisza. Weterynarz zajmował się fizjoterapią koni. Raczkował. Podczas,
gdy za granicą, istniały już wielkie kliniki z moich marzeń, doktor, jeżdżąc „w teren” ( bo tak się kolokwialnie mówi o wizytach weterynaryjnych u zwierząt gospodarskich) edukował właścicieli
koni, że po urazach ważne są ćwiczenia. Tyczyły się zarówno naderwań ścięgien jak i stanów po
złamaniach. Z racji na ograniczone możliwości techniczne, z tego co pamiętam, stosował głównie
borowinę i stretching. Gdy go poznałam, uczył się masażu koni sportowych.
Konferencja Naukowa Sekcji Patologii Konia Polskiego Towarzystwa Nauk
Weterynaryjnych. Temat: Fizjoterapia. Oczywiście, że chciałam jechać. Nie ważne z kim i za co,
byle się tam znaleźć. Nie miałyśmy pieniędzy i transportu. Jedno i drugie zorganizował doktor
Wróblewski, tłumacząc, że zależy mu na wprowadzaniu w środowisko młodych, zaufanych osób.
Płeć miała się stać dodatkowym atutem. Rzecz miała miejsce raptem osiem lat temu, a byłyśmy
jedynymi kobietami na spotkaniu. I to nie lekarkami z kilkuletnim stażem, ale studentkami!
Zachwycił mnie przepiękny hotel i stanowiąca jego dopełnienie stadnina koni małopolskich.
Nie pamiętam dokładnie wystroju. Nie pamiętałam go także tydzień po konferencji. Za dużo emocji
zaprzątało mi głowę. Nie podobała mi się natomiast ani trochę merytoryka zajęć. Szczerze mówiąc,
o wszystkim, o czym mówili znani profesorowie, wiedziałam. Zawsze byłam osobą leniwą, tyczyło
się to przede wszystkim nauki. Pewnie dlatego dwukrotnie zgłębiałam wiedzę z drugiego roku
studiów… Ale jeśli coś mnie interesowało, zdobywałam źródła zagraniczne, a całą wiedzę miałam w
małym palcu po ich jednokrotnym przeczytaniu. Konie mnie interesowały. Kochałam je. Były
całym moim życiem. Wykłady okazały się nudą, nawet w dobie bez-internetowej. Około trzynastej
organizator zarządził przerwę obiadową.
Z Edytą wciąż niewiele rozmawiałam. Zastanawiałam się, dlaczego wybrała mnie, na
towarzyszkę. Siedziała obok swojego mentora, a ja czułam się jak piąte koło u wozu. Po niezbyt
wykwintnym posiłku, okazało się, że jeden z profesorów, który powinien marudzić przez kolejne
półtorej godziny, spóźni się. Właściciel hotelu zaprosił nieliczne grono lekarzy na zwiedzanie
swych stajni. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, jako jedna z kilku osób, nie podniosłam się z
krzesła. Po grupę pragnącą obejrzeć zwierzęta, przyszła córka pana Żebrowskiego – właściciela.
Sam ON z kolei postanowił umilić przydługą przerwę pozostałym malkontentom, w tym mnie,
pokazem slajdów. Zaczytałam się w rzadko spotykanej książce o koniach arabskich „Konie
rubinowe”. Dochodziły mnie pojedyncze słowa, nie łączące się w logiczną całość. W pewnym
momencie podniosłam wzrok znad książki i zerknęłam na ekran. Ujrzałam zdjęcie młodego,
nagiego mężczyzny zanurzonego od pasa w dół w… przeręblu na jeziorze. Jego głowę zdobiła
oryginalna, futrzana czapka. Obok dostrzegłam czyjeś nogi w skórzanych spodniach i metalowy,
długi przedmiot zwisający, prawdopodobnie, od pasa. Szabla? Zaciekawił mnie ten slajd. Śledziłam
kolejne.
Kilku mężczyzn przebranych za szlachciców z epoki Kmicica, bawiło się w historię.
Dosiadali koni, pili hektolitrami grzany miód pitny z kociołka nad ogniskiem. Organizowali sobie tygodniowe rajdy konne, w historycznych strojach, a nazwali się Klubem Miłośników Konia
Małopolskiego i Żywota Szlacheckiego. Zdjęcia pochodziły z rajdu na Mazury, do jednego z
pułkowników (Żebrowskiego), który osiedlił się pod Giżyckiem. Pułkownikami mianowali się
nawzajem, sami. Początkowo zdjęcia wydały mi się śmieszne. Ot, gry i zabawy dzieci powyżej lat szesnastu.
Ale… coś zaczęło świtać. Parę lat wcześniej czytałam pewną książkę.: „Kraina Kuhailana”
Krzysztofa Czarnoty. Poczułam jakby pan Żebrowski opowiadał mi zdjęciami ową powieść.
Wreszcie, gdy skończył, podeszłam do niego.
– Przepraszam pana, bo ja, kilka lat temu, czytałam taką książkę. I wie pan, autor opisywał
tam podobne przygody…- zaczęłam nieśmiało.
– Do prawdy? A jego godność?
– Czarnota, Krzysztof.
– Ach tak. A widziałaś, waćpanno, jegomościa w przeręblu?
– Owszem.
– To iście we własnej osobie pułkownik Czarnota spod Zamościa!
Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdy ktoś poklepał mnie w prawe ramię. Odwróciłam się i
ujrzałam, o Matko Wszechmogąca, Kmicica! We własnej osobie!
– Łój, Janusz, jestem lekarzem zajmującym się między innymi Mąciwodą i Mamelukiem,
ogierami pułkownika Czarnoty.
– Pan też pułkownik?
– Nie waćpanno, nie mam na to czasu. Ale Krzysztof w swej powieści uczynił ze mnie
babkę Onegdajkę, która uleczyła Mąciwodę z mięśniochwatu.
– Aha. – zabrakło mi słów.
– Waćpanna pozwoli. – wskazał krzesło przy najbliższym stoliku.
Żebrowski uśmiechnął się zdradziecko pod wąsem.
Co się okazało? Doktor Łój naprawdę zajmował się końmi Czarnoty. Naprawdę panowie
utworzyli Klub Miłośników Konia Małopolskiego i Żywota Szlacheckiego. Zdjęcia były
oryginalne, a książka, którą jakiś czas temu czytałam, nie do końca okazała się fikcją literacką.
Doktor starał się, jak mógł najlepiej, opowiedzieć mi całą historię owego stowarzyszenia.
Zrezygnowałam z dalszej części wykładów i poszliśmy na spacer. Choć pragnę wielce opisać
przyrodę Mazur… nie mogę, niewiele pamiętam. Najważniejsze były słowa doktora które
usłyszałam na pożegnanie:
– Następna konferencja w Janowie Podlaskim, mam nadzieję, że waćpanna dojedzie? A
stamtąd to już niedaleka droga na Zamojszczyznę. Zapraszam do siebie!– Będę na pewno.
Wróciłyśmy do Olsztyna. Znów zaczęły się zajęcia, wejściówki, kolokwia. Jednak ja żyłam
kolejną konferencją i pielęgnowałam znajomość z Edytą. Przeczuwałam, że się nie zaprzyjaźnimy.
Nie chciała tego. Nie wiem czego chciała. Może zwyczajnie – towarzystwa? Dziś mam ją wśród
znajomych na fejsbuku… tak, tak, korzystam z niego! Nigdy nie odpisała na moje wiadomości.
Nigdy nie podziękowała za życzenia urodzinowe. Czasami „wrzuci” kilka zdjęć pod tytułem „Moje
ukochane Mazury”.
Pojechałam po roku na kolejną Konferencję Sekcji Patologii Konia Polskiego Towarzystwa
Nauk Weterynaryjnych. Rok wcześniej, szef owego towarzystwa, profesor Gill z Wrocławia,
sędziwy człowiek, zaszczycił nas swoją obecnością. Tym razem przesłał jedynie kasetę video (!) z
nagraniem ze szpitala. Bardzo chciał być z nami. Pozdrawiał dwie młodziutkie kobietki mając
nadzieję, że są i tym razem. Były, a jakże! Zmarł kilka tygodni później. Płakałam, jak dziecko, choć
nie znałam Go prawie w ogóle.
Był kwiecień, zostały nam ostatnie, niedobitki, egzaminy, by zakończyć studia
weterynaryjne. Finał siedmioletniej męczarni (to nie łatwy kierunek) w stadninie koni Janów
Podlaski? U boku doktora Łoja, który dodatkowo miał mnie zabrać, jak obiecał, na Zamojszczyznę?
Poznanie pułkownika Czarnoty galopującego do mnie na Mameluku? I pułkownika Kordalskiego
hodującego, jak oni wszyscy, małopolaki? Czemu nie?! Ale to już osobna historia…
Dlaczego postanowiłam o tym wszystkim napisać?
Długo myślałam jaką historią mazurską mogłabym się podzielić i czy w ogóle warto.
Wszystko co przychodziło mi do głowy, to Warmia. Wreszcie przypomniałam sobie o Giżycku?
Zaraz, Giżycku, czy Grajewie? Jedno, to jeszcze Mazury, drugie chyba już nie? Mapa!
Sprawdziłam i okazało się, że miałam rację. Ale gdzie byłam? Skąd mam tak cudowne
wspomnienia? Nie mogłam sobie przypomnieć. Niesłychane.
Pamiętałam, że z hotelu przywiozłam folder… pragnęłam go znaleźć, ale przepadł jak
kamień w wodę. Dosłownie przed chwilą, pisząc opowiadanie, przypomniało mi się nazwisko
Żebrowskiego. Wiedziałam, że do dziś mam gdzieś materiały z obu konferencji. Pomyliłam się,
zniknęły. W takim razie na pewno znajdę je w internecie… tam jest wszystko! Dla pewności,
zdjęłam, z tablicy zdobiącej ścianę w mojej lecznicy, pamiątkową plakietkę z konferencji w
Giżycku (tak głosi plakietka…zdjęcie poniżej, ja nie mam pojęcia czy to było Giżycko czy
Grajewo…). Po nazwie i numerze konferencji postanowiłam odnaleźć cokolwiek, jakiś ślad w
sieci… nie znalazłam. Na stronie internetowej Sekcji Patologii Konia Polskiego Towarzystwa Nauk
Weterynaryjnych, w archiwum, ani konferencja z Giżycka z dwa tysiące szóstego, ani z Janowa Podlaskiego z dwa tysiące siódmego, nie istnieją. Wymienione są za to inne, z tych samych lat,
organizowane przez to samo Towarzystwo, o których nie miałam pojęcia. Wtedy jeszcze
intensywnie interesowałam się końmi i byłam w stałym kontakcie z ludźmi z branży. Nikt nie
mówił o spotkaniach, które obecnie widnieją w sieci. Nie mam kontaktu z doktorami i z Edytą. Od
dwa tysiące siódmego roku, kiedy to wyjechałam za granicę, uczyć się o rehabilitacji, co roku
wysyłałam życzenia do doktorów Łoja i Wróblewskiego. Nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Nie
znalazłam również hotelu pana Żebrowskiego, ani w Giżycku, ani w Grajewie. Nawet koni z jego
hodowli…Czary ziemi Mazurskiej? Być może…
Za pewne wystarczyłoby napisać do owego Towarzystwa, wykonać kilka telefonów i
wyjaśnić sprawę. Ale czy tego chcę? Chyba nie… Chyba wolę, by mój ostatni rok studiów owiany
był mgłą utkaną z odrobiny magii i niedopowiedzeń. Tak czy inaczej, jako ówczesny miłośnik koni,
nie mogłam wyobrazić sobie lepszego zakończenia studiów.
Obecnie zajmuję się małymi zwierzętami. Kontakt z końmi zweryfikowało życie, nigdy już
nie będę jeździć konno i pozbyłam się pamiątek jeździeckich z domu, żeby mnie nie kusiło… Mam
swoją przychodnię weterynaryjną nad morzem i inne priorytety niż osiem lat temu. Mimo
wszystko, zawsze będę miło wspominać moje mazursko-warmińsko-podlasko-zamojskie przygody.
Dziękuję Pani Kasi za inspirację do podłubania w przeszłości, spędziłam przemiły wieczór ;)
Pozdrawiam serdecznie,
Gabriela Kapała

————————

Tamara Łozowska:

Pokochałam Mazury zanim zdałam sobie z tego sprawę… Najpierw obozy harcerskie, później indywidualne wyjazdy, pierwsze zauroczenia, miłości, nawet rozczarowania (chłopakami). Ale w tym wszystkim wartością najważniejszą było odkrycie w sobie niesamowitej wrażliwości na dostrzeganie tego co mnie otacza… Zatrzymaną w locie, tuż przed moimi oczami ważkę, pochylone drzewo przeglądające się w tafli jeziora, urodę żaglówek w pełnym słońcu lub ich nostalgiczny smutek w strugach deszczu. O świcie dolatywały do mnie szmery budzącej się przyrody, plusk wody, krzyk spłoszonego ptaka. Wieczorami słuchałam przepięknego koncertu zakochanych żab. Wszystkimi zmysłami odbierałam zapachy i dźwięki. Dla mnie szumiały trzciny, pachniał tatarak, woda szemrała.

Nie będę rozpisywała się o wschodach i zachodach słońca, o jesiennych odlotach żurawi ani o przepięknych, zapierających dech w piersiach widokach. Widokach jakich nie ma na calutkim świecie…bo nie ma.
Mazury są JEDYNE, NIEPOWTARZALNE.

Chcę jednak napisać o czymś zupełnie innym…

Wybierając się w podróż do Ogrodnik w suwalskim (mieszkam w Elblągu) nie sposób było ominąć tą zaczarowaną Krainę. Podróż miała trwać „chwilę”, trwała kilkanaście godzin. Bo co innego podziwiać Mazury, wzdychać do nich, dotykać ich na miejscu- co innego oglądać Mazury z wysokości dróg biegnących na wzniesieniach, w dolinach, znowu na wzniesieniach, z dróg szerszych i węższych, w miarę dogodnych i wygodnych, i tych wąskich, trochę piaszczystych, sprawiających problem…

Problem?

Zatrzymywałam samochód zjeżdżając niemal do rowu, wciskałam się między drzewa aby stać, aby patrzeć, aby nasycić oczy niebywałymi obrazami (nie blokując przy tym drogi).

Mazurskie osady, albo wsie…jak kto woli:) zapierały dech. Nie mogłam oderwać oczu od domów wrosłych w tą mazurską ziemię jak drzewa, od tych STARYCH domów. Domów z duszą i z historią pokoleń. Nie mogłam oderwać wzroku od ogrodów warzywnych, od sadów, gdzie obok młodych drzewek zieleniły się jabłka na starych, rozłożystych, potężnych jabłoniach, co to słyszały i przetrwały niejedno. Ale przede wszystkim zachwycały mnie jeziora, które niczym językiem lizały podwórza owych domostw. Nie było tam pomostów, przy brzegu leniwie kołysały się łodzie, pływały białe kaczuszki (może gąski).

Stałam, patrzyłam, zakochana w małych okienkach domów i w jeziorze, które asymilowało się z ludźmi. Obrazy tak piękne, tak niesamowite…

Nie przeszkadzało mi, że po drodze mijałam domy nowe, takie na „wysoki połysk”. Niektóre cudownie wtapiały się w  mazurski krajobraz, niektóre niestety nie… Komercja, beton, brukowa kostka, przepych…

Uroda Mazur (na szczęście) zagłusza i zawsze będzie zagłuszać ludzką próżność i bezmyślność.

I oto dojechałam… Ogrodniki tuż przy litewskiej granicy, tuż za Mazurską Doliną Piękna. Stanęłam jak zaczarowana…

Zagroda z mijającej bajki… Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Jezioro wślizgiwało się na podwórze, na wodzie leniwie kołysała się łódka, a szumiące trzciny niemal wkradały się do starej jak świat stodoły. W oddali zielenił się kwiecisty ogród. Wokół mnie tańczył uśmiechnięty psiak i wszystko było wielkim uśmiechem… Tylko dom, stary i pochylony ku ziemi, łykał na mnie plastykowymi okienkami…

Uśmiechnęłam się i ja…obok dumnie wisiały sobie stare, cudowne oryginalne stuletnie okiennice.

Bajka.

Tamara Łozowska.

WSZYSTKIM PIĘKNIE DZIĘKUJĘ… Do nagrodzonych pofrunęły moje książki, ufundowane przez Wydawnictwo MG Dorota Malinowska – Grupińska.

Myślę, że nie był to ostatni konkurs. Czy podobają się Wam takie konkursy? Czy weźmiecie w nich udział? Piszcie. I coś wymyślę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii