RSS
 

Przed podróżą majową

04 maj

Słowa JESTEŚ TYM CO JESZ bardzo mnie przekonują. Zwłaszcza od pewnego czasu, gdy świadomie zaczęłam dbać o swoje zdrowie. Nie piję alkoholu pod żadną postacią, nie po drodze mi do kawy. Nie jem rzeczy – śmieci, dostępnych w każdym sklepie. Gdy udaję się w podróż, nie kupuję na drogę batoników, napojów w butelkach, nie jem na orlenach ani w makdonaldach. Po prostu zabieram ze sobą butelkę własnego napoju (jutro będzie to moja ulubiona czerwona herbata, wywar z kwiatów mniszka i miód) oraz… Pudełko Skarbów. Mieszam w nim to, co zdrowe, na przykład morele, pestki dyni i słonecznika (które wcześniej prażę), migdały, orzechy włoskie, żurawinę, czasem rodzynki (jeśli dobrej jakości). To, co sobie tylko wymyślę i na co mam ochotę, zestawiam to bardzo dowolnie. Zjadam te skarby potem w podróży albo zabieram do pokoju hotelowego i mam zawsze jako przekąskę. Na jutrzejszą podróż Pudełko Skarbów już mam gotowe!

Wyjeżdżam na tydzień i tyleż czasu nie będę gotować. A tak bardzo lubię to robić. Zaplanowałam dziś więc pożegnanie z moją kuchnią. Niedzielny obiad na wzmocnienie po wczorajszej „trzynastce”.

Zatem… Udusiłam na oliwie czosnek i cebulkę, którą najpierw posoliłam, żeby się nie przypaliła zbyt szybko. Dodałam liście szpinaku, rwąc tylko lekko na kawałki. Dodałam tuńczyka (lubię, podobnie jak łososia. Ryby z moich Mazur też. Najbardziej karpie :) ), mielone orzechy włoskie i mleko kokosowe. Z przypraw tylko sól i pieprz, a na koniec świeża bazylia. Wymieszałam z makaronem. Miał być razowy, ale zadziwiająco zniknął z kuchennej półki. Czasem tak znikają nam rzeczy, o których myślimy, że są? Prawda? Wszystko posypałam kiełkami lucerny i prażonym słonecznikiem. Było pyssszzznnne! A deser to nagroda za wczorajszy wysiłek. Ciasto kruche prawie razowe, tym razem z dodatkiem mielonych włoskich orzechów (około trzech łyżek do półtora szkolanki mąki razowej i pół pszennej białej, masło, 1/4 szklanki trzcinowego cukru, jajko i łyżka śmietany) z tartymi jabłkami i pokrojonym na plasty bananem, ze świeżo mielonym cynamonem (spróbujcie, ma inny smak niż ten z torebki!) i z 1/4 szklanką cukru trzcinowego i kroplami soku z cytryny. Po upieczeniu posypałam ciasto waniliowym cukrem pudrem własnej roboty: po prostu mielę w młynku cukier trzcinowy z laską wanilii. Zamykam do szczelnego pojemnika i mam. Bo domniemany cukier waniliowy ze sklepu wcale cukrem waniliowym nie jest, a WANILINOWYM. Różnica jednej literki, a bardzo znacząca. Oczywiście można kupić prawdziwy cukier waniliowy, ale jest droższy. Więc robię swój własny i sama dobieram ilość wanilii w nim.

Tak rozpieszczona jedzeniem sięgam po książkę „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej (czytałam dziś do trzeciej nad ranem) i doceniam mój wczorajszy wysiłek, pierwszą „trzynastkę” i dzisiejszą cichość majowej niedzieli. Odpoczywam. Jutro rano wyjeżdżam do Drawna w zachodnipomorskie.

W pierwszym tygodniu maja spotkam  się z moimi Czytelnikami tu: 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz