RSS
 

My tu wszystko łonaczymy

17 kwi

Łono się łonaczy. Słowo – wytrych. Może znaczyć dosłownie wszystko. Jak się zapomina jakieś słowo, zastępuje się je ŁONO. Zamiast nazywać jakąś czynność, mówi się o niej ŁONACZY.
- My tu wszystko łonaczymy – mówią kobiety z Malni. Pani Hildegarda wyjaśnia, że jak gospodyni potrzebne jest sito, bo musi przesiać mąkę, to wysyła dzieciaka do komory i mówi:
- Idź do komory po łono.
I dziecko musi się domyślić, że owo ŁONO to sito. Innym razem chodzi o wiadro, łyżkę, książkę, pierogi z zamrażalki, na którą mówi się TRUA.
- Trzeba się wciąż domyślać, o co chodzi, bo one to wszystko łonaczą – opowiada ze śmiechem Arthur Schulwitz ze Zdzieszowic. Jest między Malnią i Zdzieszowicami dwadzieścia minut drogi, więć i tam owo słowo – wytrych funkcjonuje.
Kiedy więc żegnam się z tymi, których tu poznałam, obiecuję kobietom, że jeszcze tu do nich wrócę:
- I sobie razem połonaczymy – zapowiadam. Czuję się już jedną z nich.

Kobiety z Malni, prócz gotowania, gospodarzenia w obejściu i czytania książek, mają jeszcze jedno zajęcie. Tworzą etno – dizajn, jak to nazywają po nowoczesnemu. Powstało nawet stowarzyszenie Kraina Świętej Anny, gdzie zrzeszają się miłośnicy regionalnego dziedzictwa. Tworzą ozdoby, dekoracje ale również „szkrobią kraszonki” – czyli skrobią kraszanki – wydmuszki na Wielkanoc. Jedną z nich dostaję w darze na pamiątkę rozlicznych talentów kobiet z Malni. Natomiast Arthur Schulwitz ze Zdzieszowic jest znanym w regionie zbieraczem i opowiadaczem historii, regionalistą i kronikarzem, który przed emeryturą był zwykłym mechanikiem samochodowym, marzącym głównie o tym, aby rzeźbić.
- Musiałem jednak te marzenia odłożyć na półkę, bo jak rzeźbić, kiedy pieniądze potrzebne. No to dopiero na emeryturze zacząłem robić to, co czym naprawdę marzyłem. Rzeźbię i spisuję dawne historie, spisuję też gwarę śląską, docieram do różnych ważnych miejsc i ludzi i staram się to wszystko ocalić od zapomnienia – opowiada pan Arthur. Wysoki, szykowny, wyprostowany – jak to dawniej się mówił – jak trzcina.  Na koniec spotkania dowiaduję o kolejnym jego uzdolnieniu, które odkrył i ćwiczy dopiero na emeryturze. Kiedy bowiem żegnam się, pan Arthur wstaje i zaczyna grać piękną pieśń na harmonijce. Wzruszam się. Nie tylko ja. Wokół mnie stoją kobiety w różnym wieku i płaczą tak sam. Dziękuję mu serdecznie.  Ten mężczyzna ma dwa życia. Nie stracił ani chwili ze swojej codzienności. Najpierw spełnił się zawodowo, a potem zaczął robić to, o czym marzył, w momencie, w którym inni tracą poczucie własnej wartości.

Jego prace, zatytułowane: Wiosna, Lato, Jesień, Zima wiszą przy wejściu do biblioteki w Zdzieszowicach. Od razu mam skojarzenia z Vivaldim. Nazywam go potem Vivaldim Opolszczyzny. Przyjmuje to ze skromnym uśmiechem.

Dziś ostatnie spotkanie na tej ziemi. Będę o 17.00 w Karłowicach koło Popielowa, w którym to byłam niedawno. Rano opuszczam tę pełną tajemnic i opowieści ziemię, by wrócić na swoje miejsce. Musi być bowiem w świecie określony porządek, żeby łatwiej było go zrozumieć. Ale każde pożegnanie jest początkiem powitania…

Wierzę, że wrócę tu do Was.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Kama

    17 kwietnia 2015 o 19:50

    U nas mówi się „tegować”;D

     
  2. ~staszek

    19 kwietnia 2015 o 07:53

    a ja już się cieszę bo 15.05 będę na spotkaniu w Kątach Rybackich . W tym czasie jestem w Sanatorium w Stegnie a to bardzo blisko . Pozdrawiam w sloneczną niedzielę