RSS
 

Jak to u NASZ było

24 mar

Siadanie gołymi pośladkami na czapce, zakopywanie jajek i smaganie się gałązkami jałowca – to tylko niektóre z wielkanocnych zwyczajów na Mazurach, które w niektórych domach, choć czasem szczątkowo, przetrwały do dziś.

Nie było poniedziałkowego polewania się wodą. Ten zwyczaj pochodził z Mazowsza i pojawiał się na Mazurach najwyżej tam, gdzie było blisko do granicy. Często bowiem tak jest, że wpływy na terenach przygranicznych przenikają się wzajemnie, tak się na przykład stało w przypadku rozprzestrzeniania się tradycji przyrządzania niedźwiedziówki, czyli spirytusu z miodem. Dziś już nie pamięta nikt dokładnie czy przyszedł z Litwy do Prus czy odwrotnie, ale chyba nie jest to najważniejsze, dość, że całe Prusy i Litwa niedźwiedziówką stały i do dziś tradycja tego trunku krąży po tych ziemiach. Tak samo było ze śmigusem – dyngusem, którego w centralnych Prusach nie znano.

Natomiast na Mazowszu nie znało się innej tradycji – na wielkanocną wróżbę gospodyni musiała usiąść gołymi pośladkami na czapce gospodarza. To gwarantowało udany rok. Wróżbę można było utrwalić dodatkowo karmieniem grochem kur. Podobno cały rok dobrze się niosły.

A wielkanocne mecyje rozpoczynały się od Niedzieli Palmowej. Palma musiała być poświęcona i zatknięta za święty obraz. W Wielki Piątek paliło się najstarszy krzyż we wsi, a chłopcy biegali z klekotkami i oznajmiali, że dziś dzień żałoby. Starsi w tym czasie wybierali popiół ze spalonego krzyża i zabierali do domów- miał gwarantować dobre zdrowie.

W Wielką Sobotę paliło się ogień i świeciło go. W kościołach święciło się również wodę. Zwyczaj święcenia pokarmów pojawił się na Warmii i Mazurach dopiero po wojnie, za to tego dnia jadło się kołacze. Gospodarz święcił również swój dobytek, do tego celu przeznaczając węgiel i wodę święconą z kościoła.

W Wielkanoc miał miejsce piękny zwyczaj i szkoda, że dziś go już nie ma. Szło się o świcie nad rzekę, nie oglądając się za siebie i obmywało się w jej wodach. Najlepiej było, żeby rzeka płynęła na wschód. Miało to znaczenie oczyszczające, a dziewczęta dodatkowo wierzyły, że taki rytuał doda im urody. I pewnie dodawałby, gdyby był praktykowany codziennie, bo zimna woda rzeczywiście poprawia stan skóry, a więc i urodę.

Dawniej matki swoim córkom mówiły, żeby codziennie myły twarz w zimnej wodzie – w moim domu również tak było.

Śniadanie wielkanocne było skromne, w przeciwieństwie do współczesnego. Twarożek, chleb, masło i jakieś ciasto. To wszystko. Dopiero na kolację podawano różne wykwintne dania, w tym przede wszystkim mięso. Zwyczaju tego doświadczyłam kilka lat temu we Włoszech, niedaleko Forli. Gdzie spędzałam Wielkanoc. Tam również śniadania bywają skromne, za to kolacje sute i trwające niemal… do następnego śniadania. Zwyczaju polewania się wodą nie zauważyłam.

Co znaczące – w Wielkanoc nie spotykano się ze znajomymi, a jedynie z rodziną. Ten zwyczaj był kultywowany również w moim domu; tego dnia nie było mowy o spotkaniach z koleżankami. W ogrodach, jeśli ktoś je miał, chowano w gniazdach prezenty od zajączka, a młodsze dzieci wyruszały rankiem na ich poszukiwania. Takie właśnie wielkanocne obyczaje do dziś pamięta moja Siostra Barbara Łotysz i są to jej najmilsze świąteczne wspomnienia ze wsi Boże, w której się urodziła. Nie wiedziała pewnie tego, że jest to stary warmińsko – mazurski obyczaj, kultywowany nawet po wojnie w tych regionach. Na dostatek zakopywało się też jajka pod progiem – takiego zwyczaju nie spotkałam na przykład na Mazowszu.

Nie używało się do malowania jajek sztucznych barwników – również dlatego, że ich nie było. Ale i potem, już w czasach współczesnych, bywały rodziny, w których jajka malowało się w cebulaku czyli wywarze z cebuli. Tak było i mnie – zbierało się łupiny cebul żółte i czerwone, żeby potem malować jajka. Potem smarowało się do połysku słoninką. Dziś robię to samo, tylko słoninkę zastąpiła serwetka, nasączona olejem.

W Wielkanoc nie chodziło się boso, bo można było dostać wrzodów. Każdy szanujący się mieszkaniec wsi o tym pamiętał.

Pamięć ludzka wciąż trwa i wciąż dawne czasy wracają do nas pod różnymi postaciami. Te powroty  są piękne, ale ludzie wciąż podtrzymują lokalne tradycje. Myślę, że pani Tereska Brodowska z Prawdowa ma na pewno pełne ręce roboty przed świętami i wciąż wypieka swoje pyszne sękacze, a w Bożem dzieci wypatrują zajączka i prezentów w ogrodowych jamkach.

Niech ten czas będzie dla nas wszystkich przede wszystkim oczyszczeniem – jak wtedy, o wielkanocnym świcie, kiedyśmy chodzili kąpać się nad rzekę.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz