RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

zapraszam

10 paź

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cisza w Aptece POD ORŁEM

21 wrz

To jedno z niewielu miejsc w Mrągowie, w którym mieści się do dziś to, co mieściło się tu dawniej, przed wojną, gdy Mrągowo było jeszcze Sensburgiem. Apteka Pod Orłem. Od zawsze w mych dziecięcych wspomnieniach. Na przeciwko budynek banku – kolejne miejsce „od zawsze”. Tam był pierwszy w Sensburgu bank.

Dziś jednak pozwolę popłynąć aptekarskim wspomnieniom z mojego miasta….

 

Lubiłam zawsze tam zachodzić. Pachniało lekarstwami i kamforą. Kamienna biało – czarna posadzka przypominała mi szachownicę, na której przesuwały się ludzie stopy niczym pionki. W aptece wciąż była kolejka. W zasadzie nawet dwie, bo pierwsza do okienka, w której prosiło się o leki i podawało receptę. Pani wydawała kwitek, ile trzeba zapłacić i odchodziło się do drugiego okienka, by stać w drugiej kolejce. Tam płaciło się za leki i wracało do pierwszego okienka. Robienie zakupów w mrągowskiej aptece kojarzyło mi się z pachnącym rytuałem. Niewiele z niego rozumiałam, ale czułam, że to dobre miejsce.

Historia apteki w Sensburgu sięga czasów starosty Augusta Lyśniewskiego. Mrągowo stało się powiatem w 1818 roku. Starosta był człowiekiem wytrwałym silnym i niejedno przeżył. Był świadkiem wielu epidemii i chorób, nic więc dziwnego, że postanowił do miasta sprowadzić aptekarza.

Przygotowano budynek pod przyszłą aptekę. To wciąż ten sam budynek, co dziś. W 1819 roku zamieszkał w nim aptekarz o nazwisku Graape. Wnętrze apteki urządzał sam. Meble zamówił u miejscowego stolarza, zaś sprzęt i leki sprowadził z Królewca. Wiele rzeczy udało się ocalić z pierwszych lat działalności apteki. Kilka lat temu w zbiorach Ryszarda Bitowta, mrągowskiego kronikarza udało się nam wypatrzeć pięknie rzeźbioną buteleczkę na farmaceutyki w pierwszych lat działalności.

Apteka funkcjonowała bardzo dobrze i obsługiwała mieszkańców całego powiatu. Przyjęła się szybko w lokalnej społeczności, a aptekarz Graape stał się znaną osobistością. Jego szczęście trwało jednak krótko, bo po kilkunastu miesiącach nagle zmarł. Aptekę zamknięto do czasu, kiedy pojawił się następca Aschmann. Wykupił aptekę od rodziny zmarłego i rozpoczął swoją medyczną działalność. Kroniki opowiadają, że organizował nawet tematyczne pogadanki, by podnieść zdrowotną świadomość. Byt to rok 1821.

W tamtych czasach, kiedy brakowało lekarzy, to często aptekarz stawiał diagnozę.  Bywało, że nie trafioną. Robił sam leki i wydawał w gotowych opakowaniach. Czasem brakowało i papieru, i buteleczek i apteka odkupowała pojemniki od pacjentów. Być może taki właśnie był los niewielkiej buteleczki, znalezionej u pana Ryszarda?

Lekarstwa w stanie sypkim pakowane były do „tutek” z papieru gazetowego. Stopniowo sytuacja z opakowaniami zmieniała się na lepsze. Apteka działała na bazie tego, co powstawało w okolicy.  Płótna na bandaże tkane były na terenie powiatu mrągowskiego, miejscowe smolarni dostarczały dziegciu, gorzelnie – spirytusu, olejarnie – olej lniany, zielarze – ziół.

W 1822 roku wybuchł w Sensburgu wielki pożar, który strawił sporą część miasta (miasto było bowiem nękane pożarami). Apteka Pod Orłem wówczas ocalała, gdyż była murowana i miała dach kryty dachówką. I właśnie wtedy wydane zostały przepisy, odnośnie budowania. Nowe domy miały być również murowane i kryte dachówką – jak nasza apteka. Odbudowa spalonego miasta ciągnęła się latami.

Po tym zdarzeniu nastało kolejne, równie dramatyczne, na które nie mogła pomóc nawet najlepsza apteka. W czasie powstania listopadowego 1830 – 1831 roku żołnierze rosyjscy przenieśli na nasze tereny azjatyckie zarazki cholery. Mieszkańcy Sensburga zaczęli na nią chorować. Zajmowali się nimi dwaj lekarze, dr Hoffmann i dr Mangold oraz przeszkoleni pielęgniarze. Apteka pod Orłem miała mnóstwo pracy, jednak były to często starania daremne. Medycy nie byli bowiem w stanie uleczyć chorych, a co najwyżej stworzyć im godniejsze warunki umierania i próbować powstrzymać epidemię starając się ograniczać kontakty chorych ze zdrowymi. Wybuchał panika. Zachorowało 337 osób, a mieszkańcy uciekali z miasta i wykopywali sobie ziemianki z lasach koło Gązwy i Piecek. Bywało, że choroba dopadała ich tam właśnie i umierali, a ślady małych cmentarzyków w okolicy są widoczne do dziś.

W kwietniu 1832 roku ocaleli mieszkańcy wrócili do miasta. Korzystali wciąż z porad lekarzy, którzy wówczas zamieszkali nad apteką. Miasto stopniowo rozwijało się, choć wciąż pojawiały się liczne zachorowania, jak na przykład epidemia tyfusu, której ofiarą padł pierwszy burmistrz Bogumił Drobnicki w 1847 roku.

Apteka Pod Orłem miała więc bardzo trudne początki. Ocalała, mimo wojen, głodu i epidemii i do dziś działa w tym samym miejscu. Warto o tym pomyśleć, wchodząc po starych kamiennych schodach.

Dziś brakuje mi czarno – białej posadzki, która została zamieniona na bardziej nowoczesną nawierzchnię. Nie ma już w aptece tamtych tłumów z czasu kryzysu, gdy na przykład „rzucili watę”, albo gdy w mieście panowała grypa i trzeba było wystać swoje po leki, ale wciąż klimat tworzą stare meble i sprzęt farmaceutyczny, pięknie eksponowany we wnętrzu.

I zapach tu panuje podobny do tamtego, choć przecież minęło tyle lat. Lubię tu czasem zajść, nawet po zwykłą polopirynę. I pomyśleć…

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

JOGA NA JESIENNEJ LUBELSZCZYŹNIE

21 wrz

JOGA TOTALNA Z PISARKĄ KATARZYNĄ Katarzyna Enerlich NA JESIENNEJ LUBELSZCZYŹNIE

SOBOTA, 28 PAŹDZIERNIKA
BIAŁA PODLASKA, KLUB FITNESS FORMA,

ul. Łomaska 20a, mail: jola.paczoska@klubforma.pl

ROZPOCZNIJ SWOJĄ PRZYGODĘ Z JOGĄ ALBO POZNAJ JEJ INNY WYMIAR

Joga to nie tylko praca z ciałem, ale i praca dla ciała. To współbrzmienie z Naturą, proste życie z ziemi i pór roku, to dbałość o siebie. To ogród, zioła, naturalne kosmetyki i zdrowe jedzenie. Czerpię jak najwięcej z Natury – jest w niej bowiem wielka siła i wszystko, co nam potrzebne. To pochłonęło mnie całą i zmieniło diametralne moje życie. Joga jest dla mnie niczym biały śpiew dla muzyka – pierwotna, naturalna i TOTALNA. Joga to Całość.

Warsztat podzielony na dwie sesje jogi, również DLA POCZĄTKUJĄCYCH. Ułatwione wersje asan sprawią, że każdy poradzi sobie z tym wyzwaniem. Pierwsza to joga terapeutyczna, zachęcająca do codziennej praktyki domowej, która ma swój początek zaraz po przebudzeniu i sprawiająca, że wyzwania dnia staną się mniej uciążliwe. Druga to joga funkcjonalna i fit – joga, połączona z ruchem i koordynacją. To wzmocnienie całego ciała: mięśni kręgosłupa, brzucha, kończyn, stabilizacja miednicy, pobudzenie mniej wykształconych grupy mięśni, praca nad elastycznością i gibkością i przede wszystkim przywrócenie wiary we własne możliwości.

Joga, której nauczam, to bezpieczne i precyzyjnie opracowane pozycje wg metody jogi akademickiej: wzmacniające i rozciągające ciało, regenerujące, poprawiające koncentrację, relaksujące, pomocne zwłaszcza przy problemach z kręgosłupem. Siedzący tryb życia, prowadzenie auta i codzienny brak ruchu nie pomagają w utrzymaniu dobrej formy. Szczegółowo opracowane pozycje zaproponowane podczas warsztatów leczą różne dolegliwości, prowadząc ćwiczącego ku pełnemu zdrowiu. Na zajęciach pokażę również, w jaki sposób, za pomocą prostych przedmiotów, znajdujących się w każdym domu, możesz codziennie ułatwić sobie życie, na przykład podczas pracy przed komputerem i siedzenia za kierownicą.

WARSZTAT KOSMETYCZNO – ZIELARSKI – nauka robienia ziołowych przedmieszek do kremów i wykonywanie prostych i zdrowych kosmetyków naturalnych, połączona z wykładem na temat zasad tworzenia kremów. To okazja do zdobycia nowej umiejętności. Joga nie kończy się na macie. Joga to również dbałość o swoje ciało i świadoma pielęgnacja. Warsztat ma być pierwszym krokiem w budowaniu tej świadomości.

GODZINY:

10.00-12.30 – SESJE ASAN Z RELAKSACJĄ

12.45 – 14.30 – WARSZTAT KOSMETYCZNY I SPOTKANIE AUTORSKIE. BĘDZIE MOŻLIWOŚĆ NABYCIA KSIĄŻEK Z AUTOGRAFEM AUTORKI

Godziny ze względów organizacyjnych, poza początkiem i końcem zajęć, mogą ulec niewielkiej modyfikacji.

KOSZT WARSZTATU 100 zł. Materiały do kosmetyków wliczone w cenę. Każdy zabiera trzy zrobione kosmetyki ze sobą – nie są to próbki, a pełnowymiarowe opakowania.

ZAPISY I ZAPYTANIA KIERUJCIE NA MAILA, PODANEGO WYŻEJ.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lato za nami

14 wrz

… Zatem będę tu częściej. Lato to taka pora roku, że ogród, wyjazdy, spotkania, podróże… Teraz czas nieco uspokaja się, jeszcze ostatnie zbiory ziół (dziś zbieram jarzębinę na serię kosmetyków z nią) i można powoli kupować opał i myśleć o jesieni. Lubię ten czas, kiedy gasną ogniska na polach i kiedy czas przystaje w miejscu.

Dziś opowieść o ziołach właśnie i o pewnym człowieku STĄD.

Człowiek bogini Chloris

Tytoń, ogórek, miechunka, lawenda oraz upiorne duchy – to wszystko interesowało pruskiego botanika Jerzego Andrzej Helwinga, luterańskiego duchownego z Mazur. Mieszkał w Węgorzewie, znał i polski i niemiecki. Interesowała go nie tylko botanika, ale i zoologia, a jak uważa profesor Stanisław Czachorowski z UWM, naukowiec ten był na miarę Linneusza. Był Helwing van Helsingiem swoich czasów. W epoce, gdy przyrodnicy i naukowe pisma tłumaczyli m.in. jakim cudem pewnej wieśniaczce mleko „cudownie” przeistoczyło się w wino (okazało się, że do gotującego się dzbana wpadła kora i zabarwiła mleko) albo czy w wilczych sercach żyją żmije (niektórzy świadkowie dawali sobie rękę uciąć, że tak). – pisze w swojej książce „Bardzo polska historia wszystkiego” Adam Węgłowski. Z dużą rezerwą podchodził do wiary w wilkołaki i siły nieczyste, próbując dziwne zjawiska wyjaśniać naukowo. Jednak mimo to napisał pewien artykuł z 1722 roku o znamiennym tytule „O polskim upiercu lub o samo zżerających się trupach i powstałej stąd obawie przed zarazą i pomorem bydła”. Napisał w nim o odmianie wampirów, inaczej zwanych upiercami, martwcami czy też wąpierzami. Wierzono bowiem wówczas, że w te nieczyste istoty przeistaczali się m.in. ci, którzy zmarli gwałtowną śmiercią, zatem na przykład samobójcy oraz za życia zostali przeklęci. Pisał o nich Helwing: Upierzem albo uspierzem nazywa się taki rodzaj martwych ludzkich ciał, które same się w grobie pożerają. Jak tylko jakieś zaczyna się pożerać, to powoduje to powstanie zarazy i ona nie kończy się, dopóki zwłokom nie odtrąci się głowy od tułowia. (….)Oczywiście w żadnym razie nie można zaprzeczyć, że czasami wykopywano zwłoki nadżarte, zakrwawione i trzymające w ustach całun, o których mogła rozejść się taka pogłoska, ale w żadnym wypadku nie wynikało to z ponadnaturalnych czy czarnoksięskich przyczyn, lecz dlatego, że te godne pożałowania osoby wskutek nieostrożnego lub zuchwałego pośpiechu zostawały pogrzebane żywcem…

Podobno w jego rodzinnych stronach, we wsi Harsz miało dojść ok. 1710 roku do dramatycznej sytuacji. Ludność tamtejsza rozkopywała groby, by przekonać się, że pożerające się zwłoki naprawdę istnieją, co byłoby dowodem na obecność wampirów. Trupy pozbawiano więc głów. A to z kolei miało zapobiec szalejącej wówczas na Mazurach i Warmii epidemii dżumy – z którą wlczył sam Helwing. Dowodów jednak na istnienie upierców nie znaleziono. A „morowe powietrze” dalej zbierało śmiertelne żniwa…

Jako naukowiec sporządzał do dezynfekcji specjalne mikstury. Robił ją z korzenia dzięgla leśnego (Angelica sylvestris) oraz piołunu (Artemisia absinthium). Sporządzał spirytusowe wyciągi, którymi smarował dłonie i ciało, a ubrania okadzał palonym jałowcem. Pracował społecznie na rzecz chorych, za co dostawał od mieszkańców okolicznych miejscowości, między innymi we wsi Ogonek i Stręgiel zboże.

Człowiek niezwykły i światły, z przyrodniczą intuicją. Napisany przez niego pierwszy tom zielnika „ Herbarium Vivum Plantarum sponte in Prussia nascentium, Herculeo labore comparatum M. Georgii Andreae Helwingii Pastoris Angerburgensium. et Reg. Societ. Scient. Brand. Membrii” nazywany jest hołdem wobec pruskiej przyrody, nad którą czuwała bogini Chloris. Według zasad tamtego myślenia, związanego zresztą ściśle z Biblią, rośliny i zwierzęta zostały stworzone dla człowieka. Ich badanie było naturalnym celem i powinnością. W drugim tomie „Florae Napaeisque Sacrum! Civis, amice, advena, qui herbarii amoenitate cupis oblectarier, modestiam et continentiam comites habeas florae custodes, quod rogat, monet, expetit M. Georgius Andreas Helwing, pastor Angeburgensis, operis huius faber” autor już wzbogaca pruską florę o nowe gatunki i widzi niebezpieczeństwo – wprowadzanie nowych gatunków zubaża to, co rosło na tej ziemi od setek lat.

Nie jest więc wykluczone, że nasz uczony stał się inspiracją dla irlandzkiego pisarza Brama Stokera, autora „Drakuli” dla jego bohatera Abrahama Van Helsinga, nieustraszonego pogromcy wampirów. Losy są przecież podobne.

– Lecz tyle ich łączy! Podobne nazwiska, podobne wykształcenie, podobnie niezłomne zasady. A także erudycja, głęboka wiara, pobyt w Holandii, znajomość niemieckiego… I oczywiście kilka upiornych epizodów w życiorysie – podsumowuje autor „Bardzo polskiej historii wszystkiego”. Interesującej, nie tylko z powodu mazurskiego Van Helsinga.

Jedno jest jednak pewne. Dzięki naszemu botanikowi wiemy dziś wiele o przyrodzie Prus, a poznawanie tej wiedzy jest doprawdy frapujące.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ZAJĘCIA OD WRZEŚNIA

14 wrz

Tak mówi Mark Lauren. A ja przy okazji zapraszam na efektywne zajęcia z jogi funkcjonalnej, również dla początkujących. Naprawisz swój kręgosłup, uelastycznisz i wysmuklisz się, schudniesz i umięśnisz. To Ci na pewno wyjdzie na dobre.
Moje zajęcia:
Poniedziałek
16.45 Reszel, budynek Gimnazjum
19.40 Mrągowo, Hotel Mercure, BAKASANA Ryszard Lewanowicz,

Wtorek
17.00 Węgorzewo, Ośrodek Szkolno – Wychowawczy

Środa
17.30 Biskupiec, sala w Szpitalu

ORAZ
19.40 Mrągowo Mrągowo, Hotel Mercure, zajęcia prowadzi Ryszard Lewanowicz.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Trochę prywaty…

01 wrz

… ale to mój blog :)

Ktoś z mojej rodziny sprzedaje zadbane i pewne auto. Może ktoś akurat szuka?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kolejny warsztat w Babie Jodze

01 wrz

Warsztaty z Robert Kaczkowski
WRZESIEŃ W BABIE JODZE k. Mrągowa.
Niedziela, 30 września, godzina 10.00.

„MEDYTACJA W RUCHU – czym jest praktyka jogi dynamicznej”
Na zajęciach poznasz jaki efekt przynosi połączenie praktyki asan z oddechem i jednoczesnym skupieniem uwagi na punktach drishti. Jak zaskakujące mogą być efekty płynnej praktyki jogi i czym jest charakterystyczne wyłączenie myśli by ciało pozostało w pełnej harmonii .

Warsztaty dadzą uczestnikom potężny zastrzyk energii, dobre samopoczucie oraz poprawią sprawność fizyczną. Nauczymy się jak panować nad swoimi emocjami i ciałem. Wykonamy szereg ćwiczeń (asan) płynnie połączonych ze sobą, w których najbardziej istotnym elementem jest oddech.
Praktyka asan w nurcie jogi dynamicznej (Ashtanga Vinyasa joga) to specyficzny rodzaj wysiłku fizycznego. Ułożenie ciała w kolejnych pozycjach zwiększa siłę oraz elastyczność mięśni i ścięgien. Z uwagi na ogromną rolę oddechu korzystnie wpływa na dotlenienie organizmu i pracę serca. Co więcej, joga ma także pozytywny wpływ na psychikę ćwiczącego. Ułatwia radzenie sobie ze stresem, osiągniecie wewnętrznego spokoju, a uaktywniając w pozycjach równoważnych obie półkule mózgowe, przeciwdziała starzeniu się mózgu.

Plan warsztatów:
9.30 – 10.00 – czas na poznanie się i trochę teorii na początek. Krótki rys historyczny, czy Ashtanga Joga jest metodą całościową opartą na uważnej i jednoczesnej praktyce trzech elementów: oddechu, asan i drishti (Tristhana).
10.00 – 10.30 – poznasz, czym jest oddech ujjayi i bandhy i ich znaczenie w praktyce. Praktyczna nauka i zastosowanie podczas praktyki – ćwiczenia praktyczne
10.00 – 10.40 – krótka przerwa
10.40 – 12.00 – nauka podstawowej sekwencji asan powitania słońca A i B oraz pozycji stojących w wersji dostosowanej dla każdego.
12.00 – 12.15 – krótka przerwa
12.15 – 14.00 – nauka wybranych asan yogi chikitsa – uzupełnieniem będą ćwiczenia otwierające i wzmacniające nasze ciało.
14.00 – 15.30 przerwa na poczęstunek
15.30 – 17.00 – płynne wykonanie sekwencji zwanej „primary series” w wersji dostosowanej do poziomu uczestników warsztatów.
17.00 – 17.30 – podsumowanie warsztatów i wskazówki dla uczestników jak kontynuować indywidualną praktykę w domu….

Prowadzący:
Robert Kaczkowski – Jest wielkim pasjonatem ruchu funkcjonalnego, aktywizującego wszystkie funkcje życiowe organizmu, a także tych aktywności, które w sposób świadomy angażują nie tylko nasze ciało ale i umysł by pozostawać w harmonii z samym sobą. Wcześniej taką formą aktywności było karate, lecz poszukiwania właściwej formy doprowadziły do jogi, która stała się jego pasją życiową. Drogą rozwoju fizycznego i duchowego, którą podąża nieprzerwanie od sześciu lat.
Pierwsze doświadczenia to joga w oparciu o przekaz Sivanandy, ale prawdziwa miłość to -joga według przekazu Shri K. Pattabhi Joisa – Ashtanga Vinyasa Joga.
Przez cały okres praktyki uczestniczył regularnie w wielu szkoleniach, warsztatach i seminariach, nie tylko z zakresu jogi ale też Ajurvedy czy anatomii, podnosząc tym samym zakres wiedzy i umiejętności. Kształcił się pod okiem wybitnych nauczycieli takich jak: Manju Jois, Basi Lipskiej, Beaty Darowskej, Mateusza Dekera.
Jest dyplomowanym instruktorem Hatha Jogi oraz certyfikowanym nauczycielem w nurcie Ashtanga Vinyasa Yoga. Posiada certyfikat European Academy of Ashtanga Yoga oraz certyfikat RYT 200 -YOGA TEACHER TRAINING.
Regularnie prowadzi zajęcia grupowe i indywidualne w Olsztynie i Ostródzie. Na swojej jogicznej drodze miał przyjemność uczyć się od takich osób jak Patrycja Gawlińska, Basia Lipska Larsen, Beata Darowska, Ewa Jaros, Sami Malkia, Mateusz Deker, Michał Kudzia czy Manju Jois itp.

Zapisy na fb lub mailem kasia-e@go2.pl
Zajęcia odbędą się w Babie Jodze koło Mrągowa.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Samotne wyspy

30 sie

Schyłek. Lato pęka jak dojrzała śliwka. Zrudziała nawłoć zaplątała się w klamrę sandała. Wciąż jednak trudno uwierzyć w zimę.

Patrzę codziennie na szczególne o tej porze zachody słońca. Witraże grubych pajęczyn działają jak okienne szprosy. Na horyzoncie pracują maszyny rolnicze. Zostaną na polach aż do wieczora, błyskając jaskrawymi światłami. Dziś byłam na ogrodzie. Wrześniowo. Usychają pędy. Dziś zerwałam kosz marchwi. Wyrosła dorodna i smaczna. Upiekłam ją z cynamonem i solą, polałam gęstym sosem pesto z marchwiowej naci, oleju rzepakowego i mielonego słonecznika. Takich smaków mi trzeba jesienią. Bogatych i gęstych.

Nie jesteśmy w życiu samotnymi wyspami i każdy napotkany człowiek jest nam do czegoś potrzebny. Bo zawsze coś w naszym życiu od kogoś zależy. Ważne jest to, by spotykać na swojej drodze takich ludzi, którzy pomogą, zadziałają mobilizująco jak woda na młyńskie koło, a nie będą jak niechciana tama na wartkim nurcie. Mam szczęście. Spotkałam wielu takich ludzi. Dzięki nim jestem tu, gdzie jestem. Znajduję rytm w codziennej uważności.

Jutro spokojna wrócę do ogrodu. Zerwę bób i wyłuskam jego zielone serca.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przed Maratonem

23 sie

 

Od piątku Wierchomla. Widzimy się w tym pięknym miejscu na wspólnej praktyce jogi.
MARATON JOGI z Wiktor Morgulec i Radek Rychlik i z Wami, co się tam wybieracie… A Ci, co mają inne plany, niech spędzą swój czas pięknie.
Od kogo pozdrowić góry i niebo nad nimi?!

 

kiedy się widzimy podczas MARATONU:

PIĄTEK

17.30 – 19.00 JOGA DYNAMICZNA – zajęcia poprowadzi Gość specjalny Maratonu – Katarzyna Enerlich, Boisko wielofunkcyjne, przed ***Hotelem, Wierchomla SKI&SPA Resort

20.00 – 22.00 Spotkanie autorskie z Katarzyną Enerlich Sala A+B, I piętro

SOBOTA, NIEDZIELA

8.00 – 9.30 – JOGA FUNKCJONALNA – zajęcia poprowadzi Gość
specjalny Maratonu – Katarzyna Enerlich

Boisko wielofunkcyjne, przed ***Hotelem
Wierchomla SKI&SPA Resort

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podróże….

23 sie

Podróż

 

Podróże stały się treścią mego życia i z każdej coś czerpię. Miejsca, w których jestem, głównie na spotkaniach z Czytelnikami, stają się potem tłem do moich powieści lub opowiadań, które publikowałam między innymi w nieistniejącym już „Bluszczu” i stale w piśmie „Natura i Ty”. Lubię być kobietą w podróży. Napisałam kiedyś w powieści „Kwiat Diabelskiej Góry” takie słowa: każdy musi kiedyś wyruszyć w podróż zmieniającą życie. Po to, by rozkopać jak ziemię w ogródku swoje przyzwyczajenia i nawyki, bo czasem na dnie życia tworzy się zamulony osad. Takie przemieszanie po prostu się przydaje, bo potem można usiąść w oknie i pomyśleć: życie niech biegnie, a ja dziś odpocznę, zatrzymam się. Złapię ciszę.

Myślę, że podróż to swego rodzaju stan ducha. Holly Golightly, bohaterka „Śniadania u Tiffany’ego” na wizytówce miała napisane „Holly Golightly – w podróży”, co świadczy o jej poczuciu tymczasowości w życiu. Czuję się do niej podobna. Lubię, gdy moje życie płynie wartko jak rzeka, choć niedawno osiadłam w domu na wsi, po trzynastu przeprowadzkach. Bywało, że podczas nich całkiem zmieniałam swoje życie. Zmiany mnie fascynują. Po prostu lubię, gdy moje życie jest rzeką, a nie martwym stawem.

Wyjazd i podróż…

Jest między nimi przepaść. Wyjazd to tylko chwilowe przeniesienie się z miejsca na miejsce, po to, by w blasku słońca i flesza aparatu fotograficznego upamiętnić chwile, którym dodaje się potem ważności opowiadanymi historiami, pokazywanymi zdjęciami. Cała ta otoczka zewnętrzności mimo wszystko spłyca, a nie ubogaca. Wyjazd pozostaje wyjazdem. To zwykłe dmuchnięcie w czasoprzestrzeni, przeniesienie poza orbitę codzienności z planem szybkiego powrotu. Towarzyszą mu nazbyt codzienne myśli i tęsknoty – za łóżkiem, pościelą, nocną lampką, wanną. Ach, żeby już być w domu – zamyśla się słodko uczestnik wyjazdu. Gdy wraca, zaprasza znajomych na kieliszek wina i zanudza pokazem zdjęć. Wszystko jest tak, jak było przedtem. Nie zmienił swojej duszy, nie dokonał pięknego odkrycia, nie wyprasował myśli i pragnień, nie przewietrzył świadomości. Natomiast kto wyjechał w podróż, liczy się z tym, że może z niej nie wrócić, gdy nowo poznany świat zwróci mu w głowie. Przeważnie jednak wraca – ale już nie taki sam. Jakby przeszedł pogański szlak Świętego Jakuba, w czasie którego przeżył wewnętrzne rekolekcje. Czasem gdzieś zostawia duszę – jak pieniążek w rzymskiej studni. Pokornieje wobec codzienności, nabierając dystansu do tego, co było nieznośne i męczyło jak zmora. Czasem po takiej podróży człowiek nagle zauważa, że nie ma już dawnych lęków i dawnego siebie. Z podroży zawsze wraca ktoś inny.

W swoim życiu odbyłam kiedyś piękną i ważną dla mnie podróż. Gdy wybierałam się w nią, w mim sercu drzemały zapytania o przyszłość, życie, pracę, emocje. Pojechałam, by zmienić optykę; spojrzeć na wszystko nieco z boku. Zupełnie świadomie opracowałam scenariusz tego wyjazdu: nie będzie spania w hotelach, pławienia się w wygodach i zwiedzania z turystycznymi przewodnikami. To będzie wyprawa inna niż wszystkie, mająca służyć jedynie temu, by wrócić kimś innym, nawet jeśli ta przemiana nie będzie wielce znacząca. Chciałam ta podróżą rozkopać zamulony osad, który niebezpiecznie odbierał lekkość moim myślom i snom.

Miałam wtedy auto duże, siedmioosobowe. Po wymontowaniu tylnych siedzeń i włożeniu materacy z powodzeniem nadawało się do zamieszkania. Teraz wystarczyło zapakować ubrania do walizki, nie za dużo i koniecznie przeciwdeszczowe, zabrać mapę, zatankować do pełna włączyć nawigację i pojechać w nieznane. Bez konkretnych planów, a raczej z planem tylko na następny dzień. Podróż nazwałam Obwarzankową. Marszałek Piłsudski mawiał kiedyś, że Polska jest jak obwarzanek, najlepsza po brzegach. Chciałam się o tym przekonać i to był drugi, po spojrzeniu na swoje życie z innej strony, cel mojej podróży.

Obrałam trasę w tak zwanej strefie nadgranicznej. Czasem zbaczałam z niej, gdy chciałam zobaczyć ciekawe miejsce, jak Kazimierz Dolny, by obudzić dawne wspomnienia pięknych chwil, lub Sandomierz, by sprawdzić czy rynek jest naprawdę tak skośny jak w filmie Ojciec Mateusz. Artur Żmijewski wciąż zjeżdża z niego jak z górki i frapowało mnie to bardzo. I rynek skośny był! Takie zwykłe, proste odkrycia sprawiały mi dużą frajdę. Nabierałam siły w białowieskim Miejscu Mocy, gdzie naprawdę czuję silną energię, ale nie tam, gdzie zlokalizowana jest cała infrastruktura, tylko trochę wcześniej, po prostu w lesiem na jednej ze ścieżek. Spacer w sandomierskim Wąwozie Królowej Jadwigi przyniósł chwilę wytchnienia i poczułam się w nim jak w środku wielkiego naczynia krwionośnego Matki Ziemi. Mając w pamięci piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa o rynku w Tymbarku, który przykryć można palcem (autorstwa Adama Ziemianina, poety z Muszyny, którą też odwiedziłam), sprawdziłam, czy rynek naprawdę jest taki maleńki. Wszystko się zgadzało. Był maleńki i czysty, a ludzie tam mili i prości. Odwiedziłam przyczajone na rubieżach Bieszczady, odwiedziłam Beskid Żywiecki, zdobyłam po raz kolejny w życiu szczyty w Krynicy Górskiej. Na tę wyprawę poszłam nieprzygotowana. Nie miałam odpowiednich butów, o czym szybko się przekonałam, bo siąpił deszcz i zamieniał szlak w gliniastą breję. Natomiast miałam w sobie wciąż jeszcze podróżniczy entuzjazm; poznawanie świata w tak niecodziennych warunkach coraz bardziej mi odpowiadało.

Na szczycie krynickiej Jaworzyny poczułam prawdziwą euforię. Nie jestem przecież taternikiem ani alpinistą, a zdobytym przeze mnie rekordowym szczytem jest zaledwie Giewont, za to w chińskich tenisówkach i bez kropli wody do picia. Podczas mojej Obwarzankowej Podróży zdobywałam zaledwie niewielkie szczyty, czułam jednak szczęście, że podołałam i doszłam. Wchodząc, pozwalałam myślom uciec ode mnie jak płochliwym ptakom. Liczyło się jedynie tu i teraz. Nie czułam potu spływającego mi po plecach, namakającego deszczem ubrania ani kamyka w butach. Szłam. Świergot ptaków i szum drzew był taką samą częścią świata jak mój oddech. Medytacja gór. Wspaniały i mądry sposób na wyciszenie swoich myśli… Tam, w górze, świat jest inny. Nie dość, że cała ta podróż pozwoliła mi się zdystansować od moich zmartwień, to jeszcze im wyżej wchodziłam, tym lżejsza się czułam, jakby pozbawiona materii ciała. Czułam, że przekładam kamyki mego życia jak te, którymi odliczam codziennie powitania słońca.

Przez całe życie musimy wybierać pomiędzy różnymi sposobami tego, co nas doświadcza. Albo możemy mówić, że wszystko jest byle jakie i niepotrzebne, albo możemy dziękować wszechświatowi za to, że się zdarzyło, bo w końcowym efekcie i tak jest to dla naszego dobra. Możemy iść górskim szlakiem i denerwować się na glinę, deszcz i kamyk w bucie, a możemy skupić się na niepowtarzalności chwili i na bogactwie odgłosów, które możemy słyszeć i cieszyć się, że pada deszcz, bo jego monotonia sprzyja zamyśleniu. Od tego, jak do każdego doświadczenia podejdziemy, zależeć będzie to, czym to doświadczenie stanie się w przyszłości dla nas. Pięknie powiedział kiedyś Pablo Picasso, napełniając tym samym tysiące ludzi do wiary we własne szczęście i w to, ze wszystko, co dzieje się wokół nas i w nas jest potrzebne: Ten kto myśli, że może i potrafi – może i potrafi, a ten kto myśli, że nie może i nie potrafi, nie może i nie potrafi. To bezwzględne, bezdyskusyjne prawo. Jego słowa mam w pamięci i na kartce, przypiętej nad biurkiem. Spoczywam na niej wzrokiem, gdy czuję zachwianie życia lub duchowej równowagi.

Podczas mojej Podróży Obwarzankowej na noc zjeżdżałam na brzegi rzek, jezior i strumieni, co łatwo mogłam zlokalizować, gdyż miałam ze sobą mapę. Wystarczyło tylko znalezienie zaznaczonego na mapie na niebiesko ustronnego miejsca i w miarę prosty teren. Pamiętam, jakie wrażenia towarzyszyły mi podczas kąpieli w Sanie, gdy obozowałam na wilgotnej łące w Krasiczynie. Zanurzyłam się w chłodnej wodzie do kolan. Dalej bałam się wchodzić. Nie znałam tej rzeki, jej brzegu, który był kamienny, nieprzyjazny. Na stopach miałam więc klapki. Czułam, jak woda usuwa ze mnie zmęczenie. Miałam wrażenie, że wokół mnie ma płetwy i smaga mnie nimi delikatnie, jak mała rybka. To był jej cichy nurt, czyli puls rzeki. Myłam się wolno, rozkoszując chwilą. Poczułam wielką jedność ze światem – z nocą, rzeką, ogniem, pozostawionym na brzegu, i własnym oddechem. Było mi… po prostu magicznie.

W Bieszczadach nad Rosochatym kąpałam się w pośpiechu, chcąc zdążyć przed burzą. Rozłaziła się wolno po górach, niczym złowieszcza Buka z Doliny Muminków, a nade mną zapadał zmrok i musiałam wykąpać się jak najprędzej. Obozowałam wówczas w specjalnym miejscu dla turystów, wydzielonym przez administrację Bieszczadzkiego Parku Narodowego i miejsce to było jednym ze szlaków. Ludzie schodzili z gór, przestraszeni burzą, a ja wchodziłam do strumienia, ślizgając się po kamieniach…

Burza przeszła dwukrotnie, ale ja już byłam w ciepłym i bezpiecznym aucie, które na dodatek jest najbezpieczniejszym miejscem w czasie burzy. Gdy pioruny ustały, rozpaliłam ogień i wtedy przysiadł się do mnie chłopiec stamtąd. Właśnie schodził przemoczony z gór i siedzieliśmy razem przy ognisku, rozgrzebując patykami żar. Jedliśmy kiełbasę, piliśmy coca colę, a Zbyszek opowiadał o wizytach niedźwiedzi brunatnych i wilków w tych stronach. Okazało się, że tam, gdzie stało auto, zimą podpatrywał te dzikie czworonogi.

Wielką przyjemność sprawiały mi te trudne warunki, które sobie od początku założyłam, palone codziennie ognisko w celu przygotowania kolacji, poparzone o gorące ziemniaki palce. Dlaczego tak boimy się prostego życia, z którego wszak wszyscy wyszliśmy, i wybieramy to w klimatyzowanych pomieszczeniach, sztuczne i nowoczesne. Z drugiej jednak strony, jeśli nie robimy tego codziennie, to takie obcowanie z naturą, na jakie sobie pozwalamy, staje się wielkim świętem, rzadko powtarzanym rytuałem, który jednak ma wielką wartość. Doceniamy wygodny, które mamy w domach, a nad których istnieniu przechodzimy przecież do porządku dziennego. Dopiero w takiej sytuacji, jak na przykład podróż, dostrzegamy całą wartość tego, co zostawiliśmy. Pod wygodnym prysznicem albo w wyprofilowanej wannie nie doświadcza się takich chwil.

Gdy wróciłam z mojej podróży, doceniłam to, co mam na co dzień. Przekonałam się, że w podroży ważniejsza może być rzeka niż problem ze złamanym paznokciem lub brudnymi spodniami. Dotknęłam palcem różnych żywiołów. Smakowały. Chciałabym jeszcze kiedyś odbyć podobną podróż, tym razem po zachodnich rubieżach Polski. To rogatki, nisze – są akuszerkami Znaczenia. Jak pocałunek w kącik ust dociera głębiej niż taranowanie rynku percepcji – pisze do mnie pewnego dnia Czytelniczka Magdalena Glensk z Wrocławia, a ja chwytam jej słowa w pamięć, zamykam w tej książce i nie przestaję myśleć o rubieżach Polski i własnej duszy. A potem Magda zmarła nagle i zostały mi po Niej tylko te słowa.

Kiedyś chciałabym odwiedzić Syberię. Na razie czytam tylko o niej, a moim nauczycielem jest Romuald Koperski, człowiek renesansu, o wielu osiągnięciach i uzdolnieniach. Wierzę jednak, że kiedyś moje marzenie się spełni i wyruszę na wyprawę o niebo trudniejszą i ważniejszą, niż moja Podróż Obwarzankowa.

Inna Czytelniczka, Krystyna Myrcik z Niemiec napisała mi kiedyś w liście krótkie wspomnienie swojej Babci, a raczej słów, które zwykła wypowiadać przed podróżą, a które zostały w rodzinie jak ważny talizman: oj dziatki… trzeba trochę przed wojażami posiedzieć, niech anioł stróż też się przygotuje. Te słowa pięknie oddają prostą ludzką pokorę wobec świata, w który wejdziemy, zostawiając swój dom zamknięty na klucz.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii