RSS
 

Notki z tagiem ‘mazury’

PORANNY SPACER PO WCZORAJSZYM DESZCZU

21 maj

Szorstkość piasku, klaskanie wody ocierającej się o buty, zmarszczki na wodzie z kałuży, jakby ktoś ją przecinał ostrym nożem… Uświadomiłam sobie, że można czuć zwykłe szczęście, brodząc w kałuży. Słyszę tylko moje kroki, klangor żurawi gdzieś w polach i powolne wysychanie deszcze na trawach i łąkach, które brzmi jak ciche klaskanie. Patrzę w górę – nade mną błękit. Patrzę w dół – piasek jest mokry, wyrównany deszczem, jakby ktoś go przeczesał grzebieniem. Spojrzałam przed siebie – ociężałe od deszczu młode łodygi nawłoci chylą się ku ziemi. Myślę sobie, że jestem szczęśliwym człowiekiem, bo umiem nazwać po imieniu całą zieloność świata, która mnie otacza. Wiem, że wkrótce rozkwitnie ten niebieski kwiat na skraju łąki i że to cykoria podróżnik, wiem, że ta roślina o podłużnych liściach to babka lancetowata, a ten krzew w oddali to głóg, doskonały na choroby serca. Uświadamiam sobie, że polna ścieżka, którą teraz idę, może być symbolem ścieżki życiowej, wyrównanej po deszczu i burzy, wzmocnionej narzuconymi przez cieknące strumyczki kamykami. Że tak samo jak ona – moja ścieżka życiowa znaczona jest kałużami i zakrętami i to jest prawidłowość, której nie jestem w stanie uniknąć. A skoro czegoś nie mogę zmienić, to akceptuję to po prostu, starając się, by moja droga była możliwie jak najlepsza, najprostsza i ubarwiona na niebiesko cykorią podróżnikiem.
Zmień swoje życie na doskonalsze. Doskonałość nie polega na robieniu rzeczy niezwykłych, ale na czynieniu rzeczy zwykłych w sposób niezwykły – mówi japońskie przysłowie.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wieczorem

10 mar

Piękny dzień za mną. Wiosna na Mazurach się objawia nieśmiało, ale jednak skutecznie. Wiosenne kwiaty wychodzą z ziemi, gęsi kluczami przecinają błękit, a ja zrobiłam pierwsze wiosenne ognisko, by odetchnąć ognień, oczyścić swoje myśli i uspokoić się. Odpoczywam przy ogniu. Ogień ma wielką moc; ilekroć palę go, uspokajam się. Paliłam ubiegłoroczne słoneczniki i pędy pomidorów, zeschłe i poczerniałe. Zawsze trochę suchych roślin zostawiam na pierwsze wiosenne ognisko, reszta wędruje na kompost.

Otulona zapachem ognia, dymu i powietrza patrzyłam na zachodzące słońce. Cieszyłam się tym pięknem, które objawiło się nade mną. Skupiłam na oczekiwaniu na wiosnę. Życie jest takie piękne – w tych swoich drobiazgach, chwilach drobnych, czasem niezauważalnych. Gdy się nad nimi pochylam, odkrywam wielkie wokół siebie bogactwo, za które nie muszę płacić. Bo najważniejsze w życiu rzeczy są za darmo: uśmiech, miłość, przyjaźń, zachwyt nad krajobrazem, ogień, który oczyszcza.

Dobrze mi w tym świecie.

A dobre myśli na pewno mnie uzdrowią i wzmocnią.

Mają dobry wpływ na każdego.

Wpadła mi dziś w ręce książka. Pochłonęła

Książka prezentuje metodę stworzoną ponad 10 000 lat tamu w Tybcie, służąca zachowaniu równowagi ciała i umysłu. Z nauki tej prawdopodobnie wywodzą się dzisiejsze joga i tai-chi. Seamm-Jasani nauczy Cię, jak pokonywać stres i choroby, zachować młody wygląd, mieć lepsze samopoczucie oraz osiągnąć wewnętrzny spokój.

Zapach pieczonego chleba, świeca o zapachu cytrynowym, wieczór spokojny i samotny i ta książka. Dzięki takim chwilom czuję się coraz zdrowsza, silniejsza. Czuję, że mogę więcej, niż myślę.

PS. Zaciekawiło mnie dziś TO…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A po świętach…

28 mar

Mnie nie będzie, bo będę w Polsce dalekiej. Cieszyn, okolice… Małgosiu, Arturze trzymam kciuki za Mazury. Ryn, Mrągowo… niech się Wam tu dobrze kołacze…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Prowincja w moim Mieście

15 lip

Cudowne spotkanie promocyjne w Mrągowie. Tyle stresu, a niepotrzebnie – bo tylu Znajomych i Przyjaciół, i ciepła, i dobrych słów… Basiu, dziękuję za prowadzenie i gościnę, Zosiu – za słowa niezapomniane i szalenie zielone (i czerwone truskawki), Krysiu – za czereśnie, Agatko – za wspaniały smak ciast domowych i miętę prosto z ogrodu, Aniu i Uleńko – za organizację i pomoc w całości, Marcinie i panie Marianie – za fotki wielkie dzięki. I Wam, którzy byliście – dziękuję, że tak wielu Was i tak miło dzięki temu… I za kwiaty i dary dziękuję… I czytajcie, mówcie mi, co czujecie i trzymajcie kciuki za kolejny tom! Już w styczniu!

Czytelnia mnie tak pięknie ugościła, w Bibliotece Miejskiej w Mrągowie. Podobno najtrudniej pred swoimi. Zgadza się. Ale jak cudownie!

Była nawet Telewizja Silesia, jak już zrobią programik, to załączę linka. I było Radio Planeta Mrągowo, które wspaniale promuje ksiażkę i rozsławia, gdzie sie tylko da. Wielkie dziękuję Wam dziewczyny: Natalko i Ewelinko!

Oto jest radiowa relacja ze spotkania:

POSŁUCHAJ…


O przeczytanej Prowincji… mówią po kolei: Zosia Wojciechowska, Donata Durka, Kamila Pliszka, Burmistrz Mrągowa Otolia Siemieniec, Hania Masalska

O tym, że przeczytają Prowincję: Stanisław Małyszko, Robert Wróbel, Mieczysław Banach







Podpisuję książkę Paulince z Wierzbowa


I z Kamilką, która sprzedaje w Mrągowie moje książki, na tutejszym ryneczku!


Dziękuję wszystkim, że byli. I za wsparcie dziękuję….

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkanie promocyjne

06 lip

Ciepło i całkiem zielono zapraszam na spotkanie spotkanie promocyjne mojej książki w rodzinnym Mrągowie:

Ściskam…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dom lubczykiem pachnący…

29 cze

Zapachniało, zapyrkało w garze i mam – cudownie złocisty rosół z lubczykiem. I kto by pomyślał, że można się nim zachwycać jak Proust swoją magdalenką? Magdalenek nie lubię, bo słodkie, ale za to rosół…
Ale zacznijmy od początku.

W sąsiedztwie mego domu mam kobietę domową, jak mawia o sobie Małgorzata Kalicińska. Widać, Małgosia jest kobietą domową u siebie, a Ania jest kobietą domową u nas, czyli na prowincji. Świat potrzebuje takich kobiet najwyraźniej, skoro pojawiają się od czasu do czasu, jak biedronka czy bławatek. I tak Ania krząta się ciągle po swoim królestwie, zabiegana, zapatrzona w nie jak w obraz i wymyśla różne przetwory i potrawy, którymi zaskoczyć może swego męża, rodzinę oraz sąsiadów. Mam to szczęście, że jestem jej sąsiadką, regularnie czymś więc zaskakiwaną. No i razu pewnego Ania, podrzuciwszy na kolanach swego wnusia Kapkę, który właśnie przebywał u niej, i nakarmiwszy go fasolką szparagową z bułeczką tartą, którą to przyrządziłam moim gościom, rzekła:
- A Kapce ostatnio ugotowałam taki pyszny rosół i zjadł dwa talerze. Ależ on ma apetyt na wsi!
No i powiedziała to sobie ot tak, od niechcenia, a mnie włączyły się już jakieś lampki zmysłów, które nakazały mi w najbliższej przyszłości ugotować rosół. I uraczyć nim moich bliskich, żeby na starość było co wspominać, że rosół im taki robiłam dobry, że hej!
Po zakupie mięs niezbędnych i wrzuceniu ich do gara z wodą, nie wrzącą, aby powoli nabierał ten wywar smaku, poszłam za miedzę do Ani, by nazrywać od niej zielonego, bez którego nie ma dobrego rosołu. Jedno ważne zielone rośnie już u mnie, z tyłu domu, a jest to magiczne ziele, którego miłosne właściwości są moim zdaniem mocno przereklamowane, natomiast jego cała magia polega na dodaniu potrawie smaku niepowtarzalnego, głębokiego i takiego właśnie… zielonego. Resztę zielonego, czyli pietruszkę i młody selerek wygrzebałam na anczynych grządkach, marząc o tym, że kiedyś sama takie grządki będę miała. Jak się obrobię.
Cebulkę przypieklam na ogniu, zbrązowiała i napachniła dom cały, aż strach. Swoją drogą, dlaczego odświeżacze powietrza mają tylko kwiatowe, morskie lub inne niejadalne zapachy. A gdyby tak zapach… wiejskiego rosołku? Albo pieczonego kurczaka! Albo niedzielnego ciasta. Albo…
No dość. Teraz o rosole. Uwarzyłam go z tymi warzywami, z masą marchwi młodej i soczystej i na koniec tego mojego lubczyku dodałam, żeby dodać smaku. Dom cały napełnił się zielono – ogrodowym zapachem. Aż rodzina moja, łącznie ze zwierzętami, nos ciekawie do domu wściubiała, żeby powąchać, co tak pachnie. Zrobił się ten rosół klarowny i bardzo złocisty, poprzeplatany zielonymi gałązkami. Do tego, z lenistwa nie własny, a kupny, makaron cieniutki i wyśmienity, i bach, to wszystko na talerz i mimo 22.00 na zegarze, na stół! No i dobrze, że zjadłam, po teraz świeżo po tym rosole pisać mogę spokojnie, a w domu wciąż jeszcze unosi się gęsty zapach tego wzmacniającego jedzonka.
Pik… To sms. Od Irenki. Właśnie skończyła czytać nową książkę Katarzyny Grocholi. Kryształowy Anioł. Podobno przeżyła tę książę bardzo, a ja jutro oddaję się lekturze. Napisałam jej, że na wzmocnienie i troski rosół najlepszy. Panaceum na smutki. No to niech wpadnie, co tam! Pogawędzimy przy tym rosole, powspominamy dawne czasy, kiedy to nasze mamy co niedziela na obiad rosół gotowały i jeszcze makaron własny robiły i krajały drobniutko, a potem sechł na prześcieradłach. Jak się w garze gotował, to aż bulgotał, pełen samowitości w sobie. Dłonie mojej Mamy świetnie sobie z nim radziły, a potem my radziliśmy sobie z tym, by rosół znikł.
 

Nie ma już mojej Mamy, ale wspomnienie Jej rosołu zostało. Muszę robić teraz swój, by memu synowi zapadał w pamięć, by mu się dzieciństwo kojarzyło z domowymi zapachami i smakami, a nie z kebabem z budki. Lepiej żyć prosto, w zgodzie z naturą, z przemijaniem, pokochać to, co bliskie, dotykalne. Lepiej żyć naturalnie, niż plastikowo. Już wiem, o co chodziło Stachurze, gdy mówił, że wszystko jest poezją. Bo jest… Nawet rosół. Życzę Wam na dzisiejszy wieczór i resztę wieczorów tego, by życie Wasze miało zielony smak. Lubczykowy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem w prowincji…

28 cze


Jestem z prowincji. I nie obrażam
się na to, gdy ktoś tak powie, że ze mnie zwykła prowincjuszka. Wręcz
przeciwnie – dumna jestem z tego, że mogę tak powiedzieć. Że na co dzień mogę
żyć w kłębowisku zieleni, jakim jest moje nowe miejsce na ziemi – Popowo
Salęckie za Mrągowem. Że niedzielne letnie poranki, jak ten właśnie, kiedy to
piszę, mogę spędzać na tarasie mego drewnianego domu, spokojna o świat, bo ten
wyjątkowo jest tu cichy, choć rozświergotany. Z moim pisaniem było tak: Od najwcześniejszego dzieciństwa
bardzo lubiłam czytać, u mnie w domu zawsze się bardzo dużo czytało, nie
oglądaliśmy prawie w ogóle telewizji (mam to do dziś i nie znam na przykład
amerykańskich aktorów i innych idoli, drażni mnie wciąż włączony telewizor), każdy
natomiast miał swoją kartę biblioteczną. Pisanie wydawało mi się czymś
naturalnym, nawet nie wiem, kiedy zaczęłam, byłam naprawdę mała, najpierw to
były opowiadania, a potem napisałam, w grubym zeszycie w linie, powieść – o życiu
dzieci w Związku Radzieckim! Takie to były czasy. Byłam chyba po lekturze Czuka
i Heka czy czegoś w tym rodzaju i to mnie zainspirowało.  Potem napisałam wiersz o moim bracie Romku.
Pamiętam ten wiersz do dziś. Zaczynał się: Romek,
braciszek nie lada, pracuje w POM-ie od dawna. Robi ciągniki, kombajny,
pracownik z niego jest fajny
… Całej rodzinie podobały się te moje pisania i
wszyscy mnie chwalili i doceniali. Wtedy też powiedziałam mamie, dziś już
nieżyjącej, że kiedy dorosnę, zostanę pisarką, więc niech się nie martwi, bo ja
na wszystko zarobię. Niestety, ani mama, ani tata nie doczekali wydania mojej prawdziwej
książki, ale myślę, że wspierają mnie z góry. W mojej powieści jest fragment,
kiedy odchodzą rodzice głównej bohaterki. To jest częściowo opowieść o moim
pożegnaniu z rodzicami, bolesnym, bo w młodym wieku, kiedy ledwo wchodziłam w
dorosłość. Pisząc ją, próbowałam po raz kolejny oswoić tęsknotę za Mamą i Tatą.
Ale to mi się nigdy nie uda… 


Ciągnęło mnie do dziennikarstwa.
Zadebiutowałam w wieku 12 lat w Płomyku, wtedy również dostałam pierwsze
honorarium. Byłam z siebie naprawdę dumna! Potem Świat Młodych i jego Liga
Reporterów, potem wygrana w konkursie Gazety Olsztyńskiej, jeszcze tej dawnej,
sprzed niemieckiej transformacji. Konkurs nosił tytuł „Tu mieszkam” i trzeba było
napisać opowieść, w której przekaże się lokalną historię jakiegoś miejsca.
Mieszkałam wówczas na osiedlu Parkowym i napisałam opowiadanie o tym miejscu.
Przed wojną był tu tak zwany koński targ, a w latach 70.tych powstało pierwsze
w mieście nowoczesne osiedle. W spisaniu lokalnej historii pomogły opowieści
mojej mamy, która przybyła tu spod Wyszkowa, i autochtonów, którzy mieszkali w
okolicy. Moja praca spodobała się, zostałam laureatką konkursu, odebrałam w
redakcji nagrodę i to mnie upewniło w wyborze mojej życiowej drogi. Potem, już
w liceum, była współpraca z Na przełaj i… ścienna gazetka. Należałam wówczas do
– tak się to wtedy nazywało – sekcji propagandowej w samorządzie szkolnym i
razem z koleżankami Anią i Jolą 
próbowałyśmy rozśmieszać naszych kolegów wystawami karykatur i
opowiastkami z życia szkoły. Piękne to były czasy!


Koniec liceum zbiegł się z
uwolnieniem” prasy. Powstawała prasa lokalna, wszyscy stawialiśmy w tej
dziedzinie pierwsze kroki i jakoś od razu „wkręciłam” się w pracę. Bardzo mi
się to podobało, trochę też i dlatego, że mogłam żyć sprawami naszego miasta.
Być dziennikarzem z naszych stron. Byłam nim przez wiele lat. Zajmowałam się
jeszcze wieloma innymi rzeczami, bo w życiu nie jest tak słodko i łatwo, jak by
się chciało. Miło wspominam czas, gdy byłam opiekunką osób starszych. Ich
opowieści noszę wciąż sobie, niektóre z nich już ujrzały światło dzienne, jak
na przykład historia pani Zosi i jej rodziny, która spisana w formie
opowiadania otrzymała nagrodę w konkursie literackim.


Swoją powieść nosiłam w sobie
wiele lat, dojrzewała stopniowo, najpierw jako cykl felietonów pod tytułem
„Prowincja pełna złudzeń”, w których trochę narzekałam, potem jednak moje
spojrzenie na świat nabrało innych, jaśniejszych kolorów (Wiek? Doświadczenie?
Ciekawe i inspirujące osoby na mej drodze?) i moja prowincja stała się
prowincją pełną marzeń. Na dodatek spełnionych. Chciałam, by ta powieść była
związana z historią tej ziemi, którą interesowałam się zawsze, choć w ostatnich
latach wyjątkowo intensywnie. Mazurska ziemia to tygiel wyznaniowy i kulturowy,
ciekawe miejsce to zamieszkania i… zakochania się. W mojej powieści jest bowiem
miejsce na miłość, bo powieść musi ją mieć, jest też miejsce na pokazanie, że prowincja
może być piękna. Że tu też jest jakieś życie, że tu ludzie tak samo kochają się
i borykają ze smutkami, że można żyć spokojniej i bez kompleksów małego
miasteczka.W pisaniu książki miałam jedną
ważną inspirację. Otóż jedenaście lat temu spotkałam Niemca, który przyjechał
do Mrągowa na camping. Kiedy kolega, który tam pracował, spisywał dane tego
człowieka, zauważył, że ma wpisane miejsce urodzenia – Sensburg. Czyli
przedwojenne Mrągowo. Kolega zadzwonił do mnie, ja poprosiłam go o to, by mówił
mnie z tym Niemcem. Niemiec się zgodził i wspólnie z kolegą (bo znał niemiecki)
spotkaliśmy się w nieistniejącym już „Milano”. Niemiec opowiedział mi historię
swego życia, a potem wyruszyliśmy szlakiem jego dziecięcych wypraw, przygód,
wędrówek. To on opowiedział mi o tym, jak spóźnił się na Gustloffa, który tej
nocy zatonął. To właśnie jego historia jest jednym z ważniejszych momentów
mojej powieści, choć syn Martin, poszukujący swoich korzeni, jest już postacią
fikcyjną. Napisałam wówczas reportaż, jednak ta opowieść zapadła we mnie tak
głęboko, że postanowiłam ją ożywić jeszcze raz, pod postacią książki.
To, co opisałam w powieści, nie
jest moją biografią. Ta książka jest artystyczną kreacją, a życie mnie tylko
częściowo inspirowało, tak mogło się jednak stać. Nie znam niemieckiego, którym
moja bohaterka posługuje się biegle. Opisałam jednak to, co znałam, o co się
częściowo otarłam, bo podobno każdy autor w pierwszej książce zostawia
najwięcej z siebie. I bardzo dobrze. Przeżyłam, jako moja bohaterka Ludmiła,
utratę pracy, bezrobocie, nagle znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Moja
bohaterka jakoś sobie radzi, a jej jedynym źródłem utrzymania staje się…
Allegro. Sprzedaje na aukcji internetowej rękodzieło i ubrania, potem zakłada
firmę. Cieszę się, że Allegro zgodziło się objąć patronatem moją powieść i że
jest to pierwsza powieść z jego patronatem!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odczarowywanie prowincji

18 cze


Witam w Dzienniku Prowincjonalnym. Powstał po to, by odczarować mazurską prowincję. Inspiracją dla dziennika byłat moja powieść „Prowincja pełna marzeń”, która od 1 lipca ukaże się w księgarniach i empikach oraz w sprzedaży wysyłkowej (Merlin, Allegro). Niedawno, bo 16 czerwca w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu odbyła się pierwsza promocja mojej książki. Po raz pierwszy publicznei mówiłam o niej i… dziękuję wszystkim, którzy mnie wysłuchali. W planach kolejne spotkania promocyjne – w moim rodzinnym Mrągowie już 11 lipca, w sobotę o godzinie 16.00. Spotkanie odbędzie się w Bibliotece Miejskiej. O kolejnych będę pisać na bieżąco.


 Czy można odczarować
prowincję? Tak, żeby stała się miejscem magicznym, pełnym marzeń i nadziei, a
nie tylko gniazdem ludzi o małomiasteczkowych poglądach, ciekawskich i
skupionych na życiu bardziej innych, niż swoim? Żeby tym z dużych miast nie
kojarzyła się z tandetą, zaściankiem czy nudą, a z miejscem, w którym tętni
normalne życie, czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i
laptopów na kawiarnianych stolikach. Żeby uwierzyli, że na prowincji może być
fajnie.


Może by jakoś odczarować to słowo, żeby pokojarzyło się
cieplej, sympatyczniej. Żeby z dumą można było powiedzieć: u nas na prowincji…
W oswajaniu tej mojej prowincji ma pomóc Dziennik Prowincjonalny, który, może
pod wpływem szczególnej więzi, jaka połączyła mnie z bohaterami mojej pierwszej
powieści pt. „Prowincja pełna marzeń”, a może pod wpływem czasu, który gna i
wybiera coraz szybsze formy komunikacji, zaczęłam pisać dziś, gdy księżyc do
16.21 częstował swoją siłą twórczą wszelkie owoce czerwcowe, a po godzinie tej
zaczął wzmacniać korzenie. Magia Mazur… Jest dotykalna i wszechobecna, pod
warunkiem, że zobaczy się ją w prostocie świata, który nas otacza.


 


Wcale niełatwo jednak na tych Mazurach. Deszcz pada już od
kilku tygodni, wiem, bo ostatniego dnia pogody, jeszcze w maju, zawezwałam do
mojego Popowa koparkę z koparkowym, by mi wspólnymi siłami wyrównali ziemię za
domem. Ziemia ta ma być przyszłym miejscem upraw warzywnych, co w obecnej
sytuacji może stać się nieprędko, bo deszcze od miesiąca nie odpuszczają i
warzywnika nijak wykonać nie można. Szkoda, 
czerwiec w pełni, czas wzrostu, a u mnie na wsi nie było nawet
siewu!  Moje auto z napędem na cztery koła
(trzeba było takie kupić, bo przez błota do domu trudno inaczej dojechać) ma na
stałym wyposażeniu, obok jakiejś tam klimatyzacji, przede wszystkim niebieskie
gumaczki, dzięki którym śmiało i suchą stopą przemierzam odległość z domu do
auta. No i dobrze. Zachciało mi się wsi, jak świeżego pachnącego łąką mleka i
nie mogło być inaczej. Musiała ta wieś się stać. Bo przecież trzeba mieć w
swoim życiu miejsce, w którym będzie robiło się rzeczy naprawdę potrzebne.
Miejsce, które najpierw będzie marzeniem, utkanym z ulotnych myśli i nadziei, a
potem, dzięki niewytłumaczalnym, a jakże potrzebnym splotom okoliczności,
przemieni się w dotykalną rzeczywistość.


 


Zapraszam Was do wędrówki po prowincjonalnych dróżkach i
groblach…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii