RSS
 

Notki z tagiem ‘mragowo’

Baba Joga na trawie, lato i wakacje

26 lip

Jogini z Mrągowa i okolic (choć są już z nami jogini z Biskupca, Kętrzyn i Giżycka). Już jest! Moja własna, pierwsza ogrodowa Baba Joga – niemal jak w moich powieściach! Od poniedziałku niestraszne nam deszcze, w środku jest ciepło i przytulnie. Zmieścimy się wszyscy i jeszcze więcej. A jeśli wola taka, praktykujemy obok na trawie. Zabierzcie maty.
Zapraszam więc na jogę w Babie Jodze w poniedziałki i środy o 17.30. Czasem też w soboty, jak to było w minioną.I za nią Wam dziękuję! O więcej piszcie mailem.
PS. Marzenia trzeba spełniać. I już! Czasem najpierw muszą ukazać się drukiem, w książkach, ale to może jakiś sposób na ich zaczarowanie?

A na poddaszu domowa suszarnia pracuje na najwyższych obrotach. Teraz kwiaty lawendy i nagietka. Bo taka pora. Na herbatki, maceraty, kremy i mydła. Na całą zimę! No i do drogerii jeździć nie będzie po co…

No i moje plany na ten tydzień…. I kolejna redakcja najnowszej powieści, żeby tylko zdążyła do Was jesienią.

 I za te dobre słowa o mojej książce najnowszej dziękuję :)

 

 

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jedenaście kamyków na Słońce

31 lip
Zachód słońca -
Szklane jabłko
Czerwienieje.

Jim Handlin


Słońce. Największa z możliwych energia Wszechświata. Podobno w ciągu jednej sekundy emituje ono więcej energii, niż ludzkość zużyła od zarania cywilizacji. Daj mi wspaniale ciche słońce i jego promienie oślepiające – pisał Walt Whitman, amerykański poeta przesiąknięty wiarą w harmonię panującą we wszechświecie, celebrujący naturę i płodność.
Był czas gdy czczono Słońce. Przez wiele stuleci budowano mu wieże, złociste ołtarze, składano hołd o świcie, aż w toku wydarzeń wygasł człowiek dla Słońca, które dalej świeci… – pisała Maria Pawlikowska – Jasnorzewska. Te słowa oddają moc Słońca, pod który przyszło nam żyć. Tak, jak człowiek czuje się szczęśliwszy, gdy promienie słoneczne ogrzewają jego twarz, tak i rośliny reagują wzmożonym smakiem i zapachem, gdy świeci na nie słońce. Pomidor nie dojrzeje w chłodnym powietrzu, truskawka nie będzie rumiana i aromatyczna. Dobrze będą czuły się w chłodniejsze dni rzepa, dynia, kalafior, brukselka, ziemniaki, pasternak i sałata. Jednak ich zawartość witaminy A nie dorównuje uprawianym w pełnym słońcu żółtym, pomarańczowym i czerwonym warzywom.
Są w moim ogrodzie rośliny, które w sposób oczywisty kojarzą mi się ze słońcem, i nie są to jedynie słoneczniki. Rośnie na przykład rudbekia, którą kilka lat temu wykopałam podczas jednej z rowerowych wypraw z moją sąsiadką Anią Małyszko i przesadziłam do siebie. Rudbekia odwdzięcza mi się żółcią kolorów u schyłku lata, kiedy zaczynam powoli wątpić w słońce. Każdy ma taki moment w przededniu jesieni. Wyprawę tę opisałam potem w Prowincji pełnej gwiazd: Na wsi chyba czas inaczej płynie. Ze mnie taka trochę miastowa jeszcze, jedną nogą w mojej kamienicy, ale… czuję, że pokocham tę wieś, jej prostotę, wspólne rozmowy z sąsiadkami i powietrze, którego tu więcej niż w mieście. Patrzę na Anię, na Halinkę – trudno mi powiedzieć, czy jest starsza, czy młodsza od Ani, bo twarz ma świeżą, rumianą, łapczywie chwyta nią słońce, które już lekko zachodzi, rzucając na nas złociste refleksy. Pięknie tu. Martin kopie te nasze rudbekie, przyda mu się wysiłek, niech kopie. A my, kobiety, nasłuchujemy odgłosów wsi. Jest cudnie. Kocham tę moją prowincję, choć i na niej nie brakuje zakrętów. Dosłownie i w przenośni. Popowo też jest rozłożone wzdłuż alei, w krętościach drogi. Mazury to Mazury. I zakręty w nich liczne, jak w życiu… Ja sama chyba już za jednym zakrętem, a ile ich jeszcze przede mną?… I pomyślałam o tych z wielkich miast. Co widzą, zamiast nieba, gdy spojrzą w górę? Może pozbawione duszy wieżowce ze szkłem i metalem? Beton zamiast wiejskich domów, otoczonych pelargoniami, rury wydechowe aut z naprzeciwka zamiast łapiących słońce twarzy sąsiadów, sygnalizatory świetlne zamiast kwiatów z przydomowego ogródka. Oj, dobrze, że jestem tutaj, na wsi. Jak chciałabym już tu żyć, tu mieszkać, przejmować się popowskimi sprawami! I wszystkimi życiowymi zakrętami i odcinkami całkiem prostymi, bo może w tym wiejskim spokoju inaczej będą mi smakować?


Słońce to jednak nie tylko dojrzewanie. To również medytacja.
Powitanie słońca, czyli połączone ze sobą asany jogi, to sposób na dobry dzień. Weszło mi w krew i codziennie, zaraz po przebudzeniu, wykonuję je na trawie lub w domu, w zależności od aury. Mam jedenaście kamyków, uzbieranych na sopockiej plaży. Odliczam swoje asany słonymi od morza kamykami. Nie pozwalam jodze czekać zbyt długo na mnie. Początek dnia jest bardzo ważny. Nastraja nas na resztę godzin, dystansuje do spraw, którymi będziemy się zajmować w ciągu dnia.
Filozofowie, jogini i przedstawiciele wielu tradycji zalecają szczególnie medytację o wschodzie słońca. Iwona, z którą chodzę na zajęcia jogi, wciąż powtarza, że o tej porze dnia jego energia jest szczególnie silna i pozytywna i dzięki temu napełnia energią na cały dzień. Ona tańczy o świcie. To piękna forma kontaktu z wszechświatem.
Każdy może podjąć się słonecznej medytacji, która daje ważny moment rozkoszy, podobny do tego, gdy posmakujemy czegoś naprawdę dobrego. Nawet najbardziej zajęty człowiek na pewno ze swego dnia wykreśli choć kwadrans na doładowanie akumulatorów. Medytację najlepiej przeprowadzić na łonie natury. Czasem, gdy zacina deszcz lub pada śnieg, wystarczy wyobrazić sobie wschód słońca.  Jesteś bowiem tym, czym są Twoje myśli; przekonywał o tym Budda.  Medytacja jest krótka, ale to wystarczy, by napełnić się dobrymi myślami.
1.    Usiądź wygodnie, wyprostuj plecy. Odetchnij głęboko parę razy i poczuj jak odprężasz się. Zwróć swoje myśli w kierunku wschodzącego słońca. Prawdziwego lub w Twojej wyobraźni.
2.    Obserwuj słońce, jak wschodzi. Poczuj, jak jego promienie ogrzewają całe ciało, jak nabiera ono dobrej słonecznej energii z każdym wdechem. Jak zła energia wychodzi z każdym wydechem, a każda część ciała uzdrawia się pod wpływem tej wymiany. Poczuj przypływ sił witalnych.
3.    Wyobraź sobie, że słońce swoją jasnością uzdrawia i oświeca twoje życie. Sprawia, że zaczyna panować w nim dostatek, zmieniają się twoje relacje z ludźmi. Ciało i dusza zdrowieją, myśli stają się jasne i czyste.
4.    Ujrzyj, jak promienie słońca naświetlają cię na cały dzień i prowadzą do spełnienia marzeń. Dają siłę, aby lepiej i pełniej żyć.
5.    Pomyśl o tym, co dobrego i ważnego możesz dziś dokonać i pozwól, aby twoja wewnętrzna mądrość kierowała twoimi krokami. Na pewno zaprowadzą cię do tego, co pozytywne i dobre.
6.    Kiedy będziesz już gotowa lub gotowy, po prostu otwórz oczy i podziękuj słońcu za to, że podzieliło się z tobą swoją energią.

Mam znajomą, która późno kładzie się spać i późno wstaje, więc przesypia łagodność wschodu słońca. Budzi się koło południa i gdy wstaje z łóżka, bywa rozdrażniona i nie może się dobudzić. Parzy więc kawę, wciąż  pogrążona w senności i, jak mówi, dopiero po niej staje na nogi. Generalnie jednak woli się budzić w szarej aurze, nie zaś w pełnym słońcu. Tak już jest ze słońcem. Przeważnie nas pobudza; ale są i tacy, których drażni. Każdy musi trafić na najlepszy czas spotkania ze słońcem. Nie można na nie patrzeć, gdy jest zbyt wysoko, bo to grozi uszkodzeniem oczu. Jednak gdy jest jeszcze wcześnie rano, możemy na nie patrzeć. To zjawisko nazywa się w małym słoneczkiem. Nazwa pochodzi z Indii, gdzie mówi się w ten sposób na poranne, miękkie i małe słońce. Można na nie popatrzeć przez kilka chwil i chłonąć tyle energii, ile tylko da się radę. Późne wstawanie nie sprzyja więc patrzeniu w słońce… Może pomyślmy o tym, że przez zbyt późne wstawanie sami sobie odbieramy energię na cały dzień?

Zachód słońca jest kolejnym dobrym momentem, by patrzeć na słońce. Nasiąkać nim na swój przedsen.
Powoli w medytacji słońca dochodzi się do tego, że można zamknąć oczy i w każdej chwili widzieć słońce w sobie. Wtedy można oddać się wewnętrznej medytacji słońca. Ale zaczynać ją trzeba zawsze od zewnątrz. Tak jakbyśmy w sposób naturalny przechodzili od tego, co obiektywne, do tego, co subiektywne.

Dbajmy zatem o nasze początki dnia, o nasze spotkania ze słońcem, nawet kosztem wcześniejszych przebudzeni – pięknie jest troskliwie ogarnąć te pierwsze chwile dnia.
Dbajmy też o to, co spożywamy. Jedzenie przetworzone, gotowe, odgrzewane w kuchenkach mikrofalowych są rozwiązaniem jedynie w sytuacjach wyjątkowych. Nie nasycą cię ani nie nakarmią tak, jak tego lubisz. Dopiero jedzenie pokarmów przygotowanych samodzielnie, bez pośpiechu, podanych na talerzach, które robisz i w sposób, jaki lubisz; serweta na drewnianym stole, świeże kwiaty w szklanym dzbanie, zapalona świeca zapachowa sprawiają, że zaczynasz odczuwać radość życia.
Zanim coś ugotujesz, musisz pójść do sklepu lub na bazar. Możesz wybierać, dotykać, wąchać, oceniać, czego potrzebujesz. To ważne z punkty widzenia własnej samodzielności i kreatywności. Żyjesz chwilą, która trwa, chwytasz ten moment szczęścia i przekonujesz się o własnej niezależności. Te zakupy robisz ty, a nie taksówkarz, mąż, koleżanka, sprzedawca w sklepie internetowym. Od ciebie zależy, jaką fasolę lub jabłka wybierzesz. Takie chwile dają poczucie wolności i przekonania o wartości i umiejętnościach.

Lubię kupować na moim mrągowskim ryneczku, zawsze u kogo innego, bo to pozwala mi poznawać nie tylko smaki, ale i ludzi. Opisywany w Prowincjonalnym Tryptyku mrągowski ryneczek jest miejscem prawdziwym. Warzywa i owoce u pana Szybkiego, zioła, kapusta i włoszczyzna u pani z Bagienic, śmietana i biały ser od pani Eli – ten porządek rzeczy sprawia, że czuję się bezpiecznie podczas robienia żywnościowych zakupów.
Czasem wybieram market, mając mniej czasu na zakupy; wybieram więc miejsce, gdzie kupię wszystko razem. Nie sprawia mi to jednak takiej przyjemności, jak zakupy na ryneczku, gdzie mogę rozmawiać z ludzi, witać się z daleka i decydować samodzielnie, które owoce chcę wybrać, bo nie są popakowane w plastikowe pojemniki.
Aromat świeżych, omszałych moreli na ulubionym straganie lub sprężystość winogron od pana D., przyjeżdżającego prosto z ogrodu na rynek wysłużonym rowerem z przyczepą sprawiają, że mam wrażenie, jakbym jadła słońce, zamknięte pod skórką owoców.

Lato jest dobrym czasem… Możemy czerpać doskonałości spod słońca…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkanie promocyjne

06 lip

Ciepło i całkiem zielono zapraszam na spotkanie spotkanie promocyjne mojej książki w rodzinnym Mrągowie:

Ściskam…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dom lubczykiem pachnący…

29 cze

Zapachniało, zapyrkało w garze i mam – cudownie złocisty rosół z lubczykiem. I kto by pomyślał, że można się nim zachwycać jak Proust swoją magdalenką? Magdalenek nie lubię, bo słodkie, ale za to rosół…
Ale zacznijmy od początku.

W sąsiedztwie mego domu mam kobietę domową, jak mawia o sobie Małgorzata Kalicińska. Widać, Małgosia jest kobietą domową u siebie, a Ania jest kobietą domową u nas, czyli na prowincji. Świat potrzebuje takich kobiet najwyraźniej, skoro pojawiają się od czasu do czasu, jak biedronka czy bławatek. I tak Ania krząta się ciągle po swoim królestwie, zabiegana, zapatrzona w nie jak w obraz i wymyśla różne przetwory i potrawy, którymi zaskoczyć może swego męża, rodzinę oraz sąsiadów. Mam to szczęście, że jestem jej sąsiadką, regularnie czymś więc zaskakiwaną. No i razu pewnego Ania, podrzuciwszy na kolanach swego wnusia Kapkę, który właśnie przebywał u niej, i nakarmiwszy go fasolką szparagową z bułeczką tartą, którą to przyrządziłam moim gościom, rzekła:
- A Kapce ostatnio ugotowałam taki pyszny rosół i zjadł dwa talerze. Ależ on ma apetyt na wsi!
No i powiedziała to sobie ot tak, od niechcenia, a mnie włączyły się już jakieś lampki zmysłów, które nakazały mi w najbliższej przyszłości ugotować rosół. I uraczyć nim moich bliskich, żeby na starość było co wspominać, że rosół im taki robiłam dobry, że hej!
Po zakupie mięs niezbędnych i wrzuceniu ich do gara z wodą, nie wrzącą, aby powoli nabierał ten wywar smaku, poszłam za miedzę do Ani, by nazrywać od niej zielonego, bez którego nie ma dobrego rosołu. Jedno ważne zielone rośnie już u mnie, z tyłu domu, a jest to magiczne ziele, którego miłosne właściwości są moim zdaniem mocno przereklamowane, natomiast jego cała magia polega na dodaniu potrawie smaku niepowtarzalnego, głębokiego i takiego właśnie… zielonego. Resztę zielonego, czyli pietruszkę i młody selerek wygrzebałam na anczynych grządkach, marząc o tym, że kiedyś sama takie grządki będę miała. Jak się obrobię.
Cebulkę przypieklam na ogniu, zbrązowiała i napachniła dom cały, aż strach. Swoją drogą, dlaczego odświeżacze powietrza mają tylko kwiatowe, morskie lub inne niejadalne zapachy. A gdyby tak zapach… wiejskiego rosołku? Albo pieczonego kurczaka! Albo niedzielnego ciasta. Albo…
No dość. Teraz o rosole. Uwarzyłam go z tymi warzywami, z masą marchwi młodej i soczystej i na koniec tego mojego lubczyku dodałam, żeby dodać smaku. Dom cały napełnił się zielono – ogrodowym zapachem. Aż rodzina moja, łącznie ze zwierzętami, nos ciekawie do domu wściubiała, żeby powąchać, co tak pachnie. Zrobił się ten rosół klarowny i bardzo złocisty, poprzeplatany zielonymi gałązkami. Do tego, z lenistwa nie własny, a kupny, makaron cieniutki i wyśmienity, i bach, to wszystko na talerz i mimo 22.00 na zegarze, na stół! No i dobrze, że zjadłam, po teraz świeżo po tym rosole pisać mogę spokojnie, a w domu wciąż jeszcze unosi się gęsty zapach tego wzmacniającego jedzonka.
Pik… To sms. Od Irenki. Właśnie skończyła czytać nową książkę Katarzyny Grocholi. Kryształowy Anioł. Podobno przeżyła tę książę bardzo, a ja jutro oddaję się lekturze. Napisałam jej, że na wzmocnienie i troski rosół najlepszy. Panaceum na smutki. No to niech wpadnie, co tam! Pogawędzimy przy tym rosole, powspominamy dawne czasy, kiedy to nasze mamy co niedziela na obiad rosół gotowały i jeszcze makaron własny robiły i krajały drobniutko, a potem sechł na prześcieradłach. Jak się w garze gotował, to aż bulgotał, pełen samowitości w sobie. Dłonie mojej Mamy świetnie sobie z nim radziły, a potem my radziliśmy sobie z tym, by rosół znikł.
 

Nie ma już mojej Mamy, ale wspomnienie Jej rosołu zostało. Muszę robić teraz swój, by memu synowi zapadał w pamięć, by mu się dzieciństwo kojarzyło z domowymi zapachami i smakami, a nie z kebabem z budki. Lepiej żyć prosto, w zgodzie z naturą, z przemijaniem, pokochać to, co bliskie, dotykalne. Lepiej żyć naturalnie, niż plastikowo. Już wiem, o co chodziło Stachurze, gdy mówił, że wszystko jest poezją. Bo jest… Nawet rosół. Życzę Wam na dzisiejszy wieczór i resztę wieczorów tego, by życie Wasze miało zielony smak. Lubczykowy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem w prowincji…

28 cze


Jestem z prowincji. I nie obrażam
się na to, gdy ktoś tak powie, że ze mnie zwykła prowincjuszka. Wręcz
przeciwnie – dumna jestem z tego, że mogę tak powiedzieć. Że na co dzień mogę
żyć w kłębowisku zieleni, jakim jest moje nowe miejsce na ziemi – Popowo
Salęckie za Mrągowem. Że niedzielne letnie poranki, jak ten właśnie, kiedy to
piszę, mogę spędzać na tarasie mego drewnianego domu, spokojna o świat, bo ten
wyjątkowo jest tu cichy, choć rozświergotany. Z moim pisaniem było tak: Od najwcześniejszego dzieciństwa
bardzo lubiłam czytać, u mnie w domu zawsze się bardzo dużo czytało, nie
oglądaliśmy prawie w ogóle telewizji (mam to do dziś i nie znam na przykład
amerykańskich aktorów i innych idoli, drażni mnie wciąż włączony telewizor), każdy
natomiast miał swoją kartę biblioteczną. Pisanie wydawało mi się czymś
naturalnym, nawet nie wiem, kiedy zaczęłam, byłam naprawdę mała, najpierw to
były opowiadania, a potem napisałam, w grubym zeszycie w linie, powieść – o życiu
dzieci w Związku Radzieckim! Takie to były czasy. Byłam chyba po lekturze Czuka
i Heka czy czegoś w tym rodzaju i to mnie zainspirowało.  Potem napisałam wiersz o moim bracie Romku.
Pamiętam ten wiersz do dziś. Zaczynał się: Romek,
braciszek nie lada, pracuje w POM-ie od dawna. Robi ciągniki, kombajny,
pracownik z niego jest fajny
… Całej rodzinie podobały się te moje pisania i
wszyscy mnie chwalili i doceniali. Wtedy też powiedziałam mamie, dziś już
nieżyjącej, że kiedy dorosnę, zostanę pisarką, więc niech się nie martwi, bo ja
na wszystko zarobię. Niestety, ani mama, ani tata nie doczekali wydania mojej prawdziwej
książki, ale myślę, że wspierają mnie z góry. W mojej powieści jest fragment,
kiedy odchodzą rodzice głównej bohaterki. To jest częściowo opowieść o moim
pożegnaniu z rodzicami, bolesnym, bo w młodym wieku, kiedy ledwo wchodziłam w
dorosłość. Pisząc ją, próbowałam po raz kolejny oswoić tęsknotę za Mamą i Tatą.
Ale to mi się nigdy nie uda… 


Ciągnęło mnie do dziennikarstwa.
Zadebiutowałam w wieku 12 lat w Płomyku, wtedy również dostałam pierwsze
honorarium. Byłam z siebie naprawdę dumna! Potem Świat Młodych i jego Liga
Reporterów, potem wygrana w konkursie Gazety Olsztyńskiej, jeszcze tej dawnej,
sprzed niemieckiej transformacji. Konkurs nosił tytuł „Tu mieszkam” i trzeba było
napisać opowieść, w której przekaże się lokalną historię jakiegoś miejsca.
Mieszkałam wówczas na osiedlu Parkowym i napisałam opowiadanie o tym miejscu.
Przed wojną był tu tak zwany koński targ, a w latach 70.tych powstało pierwsze
w mieście nowoczesne osiedle. W spisaniu lokalnej historii pomogły opowieści
mojej mamy, która przybyła tu spod Wyszkowa, i autochtonów, którzy mieszkali w
okolicy. Moja praca spodobała się, zostałam laureatką konkursu, odebrałam w
redakcji nagrodę i to mnie upewniło w wyborze mojej życiowej drogi. Potem, już
w liceum, była współpraca z Na przełaj i… ścienna gazetka. Należałam wówczas do
– tak się to wtedy nazywało – sekcji propagandowej w samorządzie szkolnym i
razem z koleżankami Anią i Jolą 
próbowałyśmy rozśmieszać naszych kolegów wystawami karykatur i
opowiastkami z życia szkoły. Piękne to były czasy!


Koniec liceum zbiegł się z
uwolnieniem” prasy. Powstawała prasa lokalna, wszyscy stawialiśmy w tej
dziedzinie pierwsze kroki i jakoś od razu „wkręciłam” się w pracę. Bardzo mi
się to podobało, trochę też i dlatego, że mogłam żyć sprawami naszego miasta.
Być dziennikarzem z naszych stron. Byłam nim przez wiele lat. Zajmowałam się
jeszcze wieloma innymi rzeczami, bo w życiu nie jest tak słodko i łatwo, jak by
się chciało. Miło wspominam czas, gdy byłam opiekunką osób starszych. Ich
opowieści noszę wciąż sobie, niektóre z nich już ujrzały światło dzienne, jak
na przykład historia pani Zosi i jej rodziny, która spisana w formie
opowiadania otrzymała nagrodę w konkursie literackim.


Swoją powieść nosiłam w sobie
wiele lat, dojrzewała stopniowo, najpierw jako cykl felietonów pod tytułem
„Prowincja pełna złudzeń”, w których trochę narzekałam, potem jednak moje
spojrzenie na świat nabrało innych, jaśniejszych kolorów (Wiek? Doświadczenie?
Ciekawe i inspirujące osoby na mej drodze?) i moja prowincja stała się
prowincją pełną marzeń. Na dodatek spełnionych. Chciałam, by ta powieść była
związana z historią tej ziemi, którą interesowałam się zawsze, choć w ostatnich
latach wyjątkowo intensywnie. Mazurska ziemia to tygiel wyznaniowy i kulturowy,
ciekawe miejsce to zamieszkania i… zakochania się. W mojej powieści jest bowiem
miejsce na miłość, bo powieść musi ją mieć, jest też miejsce na pokazanie, że prowincja
może być piękna. Że tu też jest jakieś życie, że tu ludzie tak samo kochają się
i borykają ze smutkami, że można żyć spokojniej i bez kompleksów małego
miasteczka.W pisaniu książki miałam jedną
ważną inspirację. Otóż jedenaście lat temu spotkałam Niemca, który przyjechał
do Mrągowa na camping. Kiedy kolega, który tam pracował, spisywał dane tego
człowieka, zauważył, że ma wpisane miejsce urodzenia – Sensburg. Czyli
przedwojenne Mrągowo. Kolega zadzwonił do mnie, ja poprosiłam go o to, by mówił
mnie z tym Niemcem. Niemiec się zgodził i wspólnie z kolegą (bo znał niemiecki)
spotkaliśmy się w nieistniejącym już „Milano”. Niemiec opowiedział mi historię
swego życia, a potem wyruszyliśmy szlakiem jego dziecięcych wypraw, przygód,
wędrówek. To on opowiedział mi o tym, jak spóźnił się na Gustloffa, który tej
nocy zatonął. To właśnie jego historia jest jednym z ważniejszych momentów
mojej powieści, choć syn Martin, poszukujący swoich korzeni, jest już postacią
fikcyjną. Napisałam wówczas reportaż, jednak ta opowieść zapadła we mnie tak
głęboko, że postanowiłam ją ożywić jeszcze raz, pod postacią książki.
To, co opisałam w powieści, nie
jest moją biografią. Ta książka jest artystyczną kreacją, a życie mnie tylko
częściowo inspirowało, tak mogło się jednak stać. Nie znam niemieckiego, którym
moja bohaterka posługuje się biegle. Opisałam jednak to, co znałam, o co się
częściowo otarłam, bo podobno każdy autor w pierwszej książce zostawia
najwięcej z siebie. I bardzo dobrze. Przeżyłam, jako moja bohaterka Ludmiła,
utratę pracy, bezrobocie, nagle znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Moja
bohaterka jakoś sobie radzi, a jej jedynym źródłem utrzymania staje się…
Allegro. Sprzedaje na aukcji internetowej rękodzieło i ubrania, potem zakłada
firmę. Cieszę się, że Allegro zgodziło się objąć patronatem moją powieść i że
jest to pierwsza powieść z jego patronatem!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odczarowywanie prowincji

18 cze


Witam w Dzienniku Prowincjonalnym. Powstał po to, by odczarować mazurską prowincję. Inspiracją dla dziennika byłat moja powieść „Prowincja pełna marzeń”, która od 1 lipca ukaże się w księgarniach i empikach oraz w sprzedaży wysyłkowej (Merlin, Allegro). Niedawno, bo 16 czerwca w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu odbyła się pierwsza promocja mojej książki. Po raz pierwszy publicznei mówiłam o niej i… dziękuję wszystkim, którzy mnie wysłuchali. W planach kolejne spotkania promocyjne – w moim rodzinnym Mrągowie już 11 lipca, w sobotę o godzinie 16.00. Spotkanie odbędzie się w Bibliotece Miejskiej. O kolejnych będę pisać na bieżąco.


 Czy można odczarować
prowincję? Tak, żeby stała się miejscem magicznym, pełnym marzeń i nadziei, a
nie tylko gniazdem ludzi o małomiasteczkowych poglądach, ciekawskich i
skupionych na życiu bardziej innych, niż swoim? Żeby tym z dużych miast nie
kojarzyła się z tandetą, zaściankiem czy nudą, a z miejscem, w którym tętni
normalne życie, czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i
laptopów na kawiarnianych stolikach. Żeby uwierzyli, że na prowincji może być
fajnie.


Może by jakoś odczarować to słowo, żeby pokojarzyło się
cieplej, sympatyczniej. Żeby z dumą można było powiedzieć: u nas na prowincji…
W oswajaniu tej mojej prowincji ma pomóc Dziennik Prowincjonalny, który, może
pod wpływem szczególnej więzi, jaka połączyła mnie z bohaterami mojej pierwszej
powieści pt. „Prowincja pełna marzeń”, a może pod wpływem czasu, który gna i
wybiera coraz szybsze formy komunikacji, zaczęłam pisać dziś, gdy księżyc do
16.21 częstował swoją siłą twórczą wszelkie owoce czerwcowe, a po godzinie tej
zaczął wzmacniać korzenie. Magia Mazur… Jest dotykalna i wszechobecna, pod
warunkiem, że zobaczy się ją w prostocie świata, który nas otacza.


 


Wcale niełatwo jednak na tych Mazurach. Deszcz pada już od
kilku tygodni, wiem, bo ostatniego dnia pogody, jeszcze w maju, zawezwałam do
mojego Popowa koparkę z koparkowym, by mi wspólnymi siłami wyrównali ziemię za
domem. Ziemia ta ma być przyszłym miejscem upraw warzywnych, co w obecnej
sytuacji może stać się nieprędko, bo deszcze od miesiąca nie odpuszczają i
warzywnika nijak wykonać nie można. Szkoda, 
czerwiec w pełni, czas wzrostu, a u mnie na wsi nie było nawet
siewu!  Moje auto z napędem na cztery koła
(trzeba było takie kupić, bo przez błota do domu trudno inaczej dojechać) ma na
stałym wyposażeniu, obok jakiejś tam klimatyzacji, przede wszystkim niebieskie
gumaczki, dzięki którym śmiało i suchą stopą przemierzam odległość z domu do
auta. No i dobrze. Zachciało mi się wsi, jak świeżego pachnącego łąką mleka i
nie mogło być inaczej. Musiała ta wieś się stać. Bo przecież trzeba mieć w
swoim życiu miejsce, w którym będzie robiło się rzeczy naprawdę potrzebne.
Miejsce, które najpierw będzie marzeniem, utkanym z ulotnych myśli i nadziei, a
potem, dzięki niewytłumaczalnym, a jakże potrzebnym splotom okoliczności,
przemieni się w dotykalną rzeczywistość.


 


Zapraszam Was do wędrówki po prowincjonalnych dróżkach i
groblach…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii