RSS
 

Notki z tagiem ‘prowincja’

Jesień pracowita

08 lis

Pracowita jesień, a już myślałam, że zakopię się w liściach jak jeż. Piszecie czasem, że rzadziej znajdujecie tu wpisy, a ja przyznaję, że tak jest w istocie, ale obecnie przebywam w dalekiej, bo w latach dwudziestych, podróży w sercu Mazur i snuje mi się opowieść nowa dla Was. Może podobna do Rzeki ludzi osobnych, którą to przyjęliście ciepło i jakoś tak… inaczej, niż serię Prowincji.

Szykuję jeszcze dla Was książkę o domowych kosmetykach, które można sobie naszykować mieszkając wszędzie, nie tylko na prowincji. I o tym, że opłaca się życie zgodne z porami roku i proste, na ile to możliwe w dzisiejszych czasach.

A że jesień to czas zbiorów, więc ukręciłam sobie wspaniały krem z rokitnika z mnóstwem zdrowych olejów i ten przepis również trafi do naszej kremowej książki. Nie tylko kremy ale i domowe, pełne smaków gotowanie bardziej chyba zajmuje jesienią niż latem, kiedy to chwyta się jakiś owoc i biegnie przed siebie do swoich spraw. Jesień zwalnia i my zwalniamy, choć też niekoniecznie, biorąc pod uwagę mnóstwo zajęć, z jakimi wciąż się zmagamy, prawda? Ale jest w pracy jakiś sens i tylko wtedy prawdziwie odpoczniesz, jeśli się najpierw porządnie zmęczysz.

Bieganie teraz ma zapach liści i wilgoci jezior – biegam nad jeziorami, bo najbardziej to lubię. Wybieram sobie jakieś jezioro i towarzyszę mu przez 10 lub 20 kilometrów. A potem wracam do domu i przedłużam ten stan bycia ze sobą, w sercu. Bo tak naprawdę sobą jesteśmy tylko w swoich sercach. Na co dzień nosimy maski zawodów i zależności rodzinnych, a tylko w biegu, na macie albo w chwilach samotności, jesteśmy sobą naprawdę. Mówię o tym często podczas jogowej relaksacji i wiem, że się to Wam podoba.

Fizyczna aktywność, alkaliczny styl odżywiania, domowe kosmetyki i przede wszystkim KSIĄŻKI, które przenoszą mnie codziennie do innego świata – to mój sposób na życie. Chętnie się nim dzielę:

Moja wymarzona od lat, znana Wam pewnie z książek o Prowincji, BABA JOGA zaprasza na zajęcia:

- poniedziałki, 17.00 Reszel, Gimnazjum, 20.00 Mrągowo BAKASANA Ryszard Lewanowicz Mercure Mrongovia,
– wtorki, 18.00 Piecki GOK,
– środy, 18.00 Biskupiec, szpital.

GOK w Pieckach nawet mi plakat piękny wyszykował, więc się nim pochwalę i dziękuję

W sobotę 26 listopada mamy warsztat jogi dla początkujących w Szczytnie. Jest już sporo osób i zaledwie kilka wolnych miejsc, więc jeśli się zdecydujecie, to zapraszam.

Przyjdź, zobacz, że joga jest dla każdego . Zupełnie jak książki. Sprawne ciało to dobry umysł, bo jesteśmy jednością.


 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Prowincja w moim Mieście

15 lip

Cudowne spotkanie promocyjne w Mrągowie. Tyle stresu, a niepotrzebnie – bo tylu Znajomych i Przyjaciół, i ciepła, i dobrych słów… Basiu, dziękuję za prowadzenie i gościnę, Zosiu – za słowa niezapomniane i szalenie zielone (i czerwone truskawki), Krysiu – za czereśnie, Agatko – za wspaniały smak ciast domowych i miętę prosto z ogrodu, Aniu i Uleńko – za organizację i pomoc w całości, Marcinie i panie Marianie – za fotki wielkie dzięki. I Wam, którzy byliście – dziękuję, że tak wielu Was i tak miło dzięki temu… I za kwiaty i dary dziękuję… I czytajcie, mówcie mi, co czujecie i trzymajcie kciuki za kolejny tom! Już w styczniu!

Czytelnia mnie tak pięknie ugościła, w Bibliotece Miejskiej w Mrągowie. Podobno najtrudniej pred swoimi. Zgadza się. Ale jak cudownie!

Była nawet Telewizja Silesia, jak już zrobią programik, to załączę linka. I było Radio Planeta Mrągowo, które wspaniale promuje ksiażkę i rozsławia, gdzie sie tylko da. Wielkie dziękuję Wam dziewczyny: Natalko i Ewelinko!

Oto jest radiowa relacja ze spotkania:

POSŁUCHAJ…


O przeczytanej Prowincji… mówią po kolei: Zosia Wojciechowska, Donata Durka, Kamila Pliszka, Burmistrz Mrągowa Otolia Siemieniec, Hania Masalska

O tym, że przeczytają Prowincję: Stanisław Małyszko, Robert Wróbel, Mieczysław Banach







Podpisuję książkę Paulince z Wierzbowa


I z Kamilką, która sprzedaje w Mrągowie moje książki, na tutejszym ryneczku!


Dziękuję wszystkim, że byli. I za wsparcie dziękuję….

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkanie promocyjne

06 lip

Ciepło i całkiem zielono zapraszam na spotkanie spotkanie promocyjne mojej książki w rodzinnym Mrągowie:

Ściskam…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mnich ślężański na dzień dobry

05 lip

Ranek to taka chwila, która ma napędzić na resztę dnia. No to napędzam się dziś herbatą,zakupioną na ul. Warszawskiej w sklepiu, gdzie nie tylko masa herbat ogromna, ale różne imbryki i gadżety herbaciane na półkach stoją, oraz inne rozmaitości nie do dostania w innych sklepach. Nie taka my znowu prowincja, skoro taki sklepik w mieście powstał. Stamtąd właśnie pochodzi herbata Mnich Ślężański, która to wzbudził duże nasze zainteresowanie, choćby dlatego, że nazwa nietypowa, bo smaku wyobrazić sobie za nic nie można. No bo jak smakuje takie Mnich?… A okazuje się, że dobrze, bo smak ma głęboki, aż cierpnie język, nie żadne tam perfumowane aromaty, tylko sama natura! I tym właśnie Mnichem budzę się, a to, że dziś niedziela, nie ma żadnego znaczenia. Najpierw podlałam aksamitki i margerytki, żeby je też obudzić, niech mają. Lusi w polach, szczeniaki błąkają się bezradnie. Piszczą, ale chyba dobrze im, bo brzuchy pełne mają, może mama łaskawsza dziś była? Fajnie mi…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Musze lenistwo

04 lip

Czy na wsi zawsze jest tyle much – zapytał mnie całkiem rozsądnie mój 15-letn syn. Weszłam akurat do pokoju, w którym syn mój się znajodwał i zobaczyłam… kilkanaście zapasionych, leniwych i bzyczących czarnych kul, od których moje dziecko oganiało się bezradnie. I dotarło nagle do mnie, że cały dom jest w muchach i lataczach różnego kalibru i rodzaju, o komarach nie wspominając… Rozleniowione to całe towarzystwo, niemrawe, może przez pogodę, która dziś ani taka, ani siaka. Zupełnie tak samo zachowują się dziś moje czarne labradorczęta, które wkrótce skończą trzeci tydzień. Też czarne i napierające na co dzień bez ustanku, dziś jakoś leniwsze, jako te muchy, a Lusi, matka ich, opędza się od tego łakomego drobiazgu jak nie wiem co, bo tylko by leżały i pojadały! I miski pilnuje, bo niemądra, myśli, że jej te maleństwa zjedzą wszystko. A kto by tam jadł jakieś suche paskudztwa, jak z mamusi płynie super mleczko, którego ani gryźć nie trzeba, ani prawie trawić, co widać po różnych drobiazgch, zostawianych przez te czarnizny! Moje maleństwa w muszej senności najchętniej przy niej by się ułożyły, ale ona woli leżeć u moich stóp, posapując miarowo. Oj, mamuśka z Lusi słaba, albo w polach, albo w innym pokoju, na trzy minuty daje tylko swojej mlecznej rozkoszy popróbować. A potem, hop, do góry, i te małe, co nie zdążyły się najeść, tylko się w nią wczepiają, ale bez powodzenia. Odpadają po chwili.. Czasem taki mały osesek jeszcze się nawet przypiąć na dobe nie zdąży, a ty mleczarnia robi do widzenia i dalej w pola!
Oj, śmiechu mamy teraz nimi i radości, a co to będzie, jak już na dom cały wyjdą? Opędzać się od nich będziemy. Jak od much!

PS. Powieść moja „Powincja pena marzeń” nominacje do konkursu literackiego dostała i można na nią głosować. Kto chce, niech kliknie. Logować się nie trzeba, wystarczy podać swój mail: KLIKNIJ, BY ZAGŁOSOWAĆ

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dom lubczykiem pachnący…

29 cze

Zapachniało, zapyrkało w garze i mam – cudownie złocisty rosół z lubczykiem. I kto by pomyślał, że można się nim zachwycać jak Proust swoją magdalenką? Magdalenek nie lubię, bo słodkie, ale za to rosół…
Ale zacznijmy od początku.

W sąsiedztwie mego domu mam kobietę domową, jak mawia o sobie Małgorzata Kalicińska. Widać, Małgosia jest kobietą domową u siebie, a Ania jest kobietą domową u nas, czyli na prowincji. Świat potrzebuje takich kobiet najwyraźniej, skoro pojawiają się od czasu do czasu, jak biedronka czy bławatek. I tak Ania krząta się ciągle po swoim królestwie, zabiegana, zapatrzona w nie jak w obraz i wymyśla różne przetwory i potrawy, którymi zaskoczyć może swego męża, rodzinę oraz sąsiadów. Mam to szczęście, że jestem jej sąsiadką, regularnie czymś więc zaskakiwaną. No i razu pewnego Ania, podrzuciwszy na kolanach swego wnusia Kapkę, który właśnie przebywał u niej, i nakarmiwszy go fasolką szparagową z bułeczką tartą, którą to przyrządziłam moim gościom, rzekła:
- A Kapce ostatnio ugotowałam taki pyszny rosół i zjadł dwa talerze. Ależ on ma apetyt na wsi!
No i powiedziała to sobie ot tak, od niechcenia, a mnie włączyły się już jakieś lampki zmysłów, które nakazały mi w najbliższej przyszłości ugotować rosół. I uraczyć nim moich bliskich, żeby na starość było co wspominać, że rosół im taki robiłam dobry, że hej!
Po zakupie mięs niezbędnych i wrzuceniu ich do gara z wodą, nie wrzącą, aby powoli nabierał ten wywar smaku, poszłam za miedzę do Ani, by nazrywać od niej zielonego, bez którego nie ma dobrego rosołu. Jedno ważne zielone rośnie już u mnie, z tyłu domu, a jest to magiczne ziele, którego miłosne właściwości są moim zdaniem mocno przereklamowane, natomiast jego cała magia polega na dodaniu potrawie smaku niepowtarzalnego, głębokiego i takiego właśnie… zielonego. Resztę zielonego, czyli pietruszkę i młody selerek wygrzebałam na anczynych grządkach, marząc o tym, że kiedyś sama takie grządki będę miała. Jak się obrobię.
Cebulkę przypieklam na ogniu, zbrązowiała i napachniła dom cały, aż strach. Swoją drogą, dlaczego odświeżacze powietrza mają tylko kwiatowe, morskie lub inne niejadalne zapachy. A gdyby tak zapach… wiejskiego rosołku? Albo pieczonego kurczaka! Albo niedzielnego ciasta. Albo…
No dość. Teraz o rosole. Uwarzyłam go z tymi warzywami, z masą marchwi młodej i soczystej i na koniec tego mojego lubczyku dodałam, żeby dodać smaku. Dom cały napełnił się zielono – ogrodowym zapachem. Aż rodzina moja, łącznie ze zwierzętami, nos ciekawie do domu wściubiała, żeby powąchać, co tak pachnie. Zrobił się ten rosół klarowny i bardzo złocisty, poprzeplatany zielonymi gałązkami. Do tego, z lenistwa nie własny, a kupny, makaron cieniutki i wyśmienity, i bach, to wszystko na talerz i mimo 22.00 na zegarze, na stół! No i dobrze, że zjadłam, po teraz świeżo po tym rosole pisać mogę spokojnie, a w domu wciąż jeszcze unosi się gęsty zapach tego wzmacniającego jedzonka.
Pik… To sms. Od Irenki. Właśnie skończyła czytać nową książkę Katarzyny Grocholi. Kryształowy Anioł. Podobno przeżyła tę książę bardzo, a ja jutro oddaję się lekturze. Napisałam jej, że na wzmocnienie i troski rosół najlepszy. Panaceum na smutki. No to niech wpadnie, co tam! Pogawędzimy przy tym rosole, powspominamy dawne czasy, kiedy to nasze mamy co niedziela na obiad rosół gotowały i jeszcze makaron własny robiły i krajały drobniutko, a potem sechł na prześcieradłach. Jak się w garze gotował, to aż bulgotał, pełen samowitości w sobie. Dłonie mojej Mamy świetnie sobie z nim radziły, a potem my radziliśmy sobie z tym, by rosół znikł.
 

Nie ma już mojej Mamy, ale wspomnienie Jej rosołu zostało. Muszę robić teraz swój, by memu synowi zapadał w pamięć, by mu się dzieciństwo kojarzyło z domowymi zapachami i smakami, a nie z kebabem z budki. Lepiej żyć prosto, w zgodzie z naturą, z przemijaniem, pokochać to, co bliskie, dotykalne. Lepiej żyć naturalnie, niż plastikowo. Już wiem, o co chodziło Stachurze, gdy mówił, że wszystko jest poezją. Bo jest… Nawet rosół. Życzę Wam na dzisiejszy wieczór i resztę wieczorów tego, by życie Wasze miało zielony smak. Lubczykowy.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem w prowincji…

28 cze


Jestem z prowincji. I nie obrażam
się na to, gdy ktoś tak powie, że ze mnie zwykła prowincjuszka. Wręcz
przeciwnie – dumna jestem z tego, że mogę tak powiedzieć. Że na co dzień mogę
żyć w kłębowisku zieleni, jakim jest moje nowe miejsce na ziemi – Popowo
Salęckie za Mrągowem. Że niedzielne letnie poranki, jak ten właśnie, kiedy to
piszę, mogę spędzać na tarasie mego drewnianego domu, spokojna o świat, bo ten
wyjątkowo jest tu cichy, choć rozświergotany. Z moim pisaniem było tak: Od najwcześniejszego dzieciństwa
bardzo lubiłam czytać, u mnie w domu zawsze się bardzo dużo czytało, nie
oglądaliśmy prawie w ogóle telewizji (mam to do dziś i nie znam na przykład
amerykańskich aktorów i innych idoli, drażni mnie wciąż włączony telewizor), każdy
natomiast miał swoją kartę biblioteczną. Pisanie wydawało mi się czymś
naturalnym, nawet nie wiem, kiedy zaczęłam, byłam naprawdę mała, najpierw to
były opowiadania, a potem napisałam, w grubym zeszycie w linie, powieść – o życiu
dzieci w Związku Radzieckim! Takie to były czasy. Byłam chyba po lekturze Czuka
i Heka czy czegoś w tym rodzaju i to mnie zainspirowało.  Potem napisałam wiersz o moim bracie Romku.
Pamiętam ten wiersz do dziś. Zaczynał się: Romek,
braciszek nie lada, pracuje w POM-ie od dawna. Robi ciągniki, kombajny,
pracownik z niego jest fajny
… Całej rodzinie podobały się te moje pisania i
wszyscy mnie chwalili i doceniali. Wtedy też powiedziałam mamie, dziś już
nieżyjącej, że kiedy dorosnę, zostanę pisarką, więc niech się nie martwi, bo ja
na wszystko zarobię. Niestety, ani mama, ani tata nie doczekali wydania mojej prawdziwej
książki, ale myślę, że wspierają mnie z góry. W mojej powieści jest fragment,
kiedy odchodzą rodzice głównej bohaterki. To jest częściowo opowieść o moim
pożegnaniu z rodzicami, bolesnym, bo w młodym wieku, kiedy ledwo wchodziłam w
dorosłość. Pisząc ją, próbowałam po raz kolejny oswoić tęsknotę za Mamą i Tatą.
Ale to mi się nigdy nie uda… 


Ciągnęło mnie do dziennikarstwa.
Zadebiutowałam w wieku 12 lat w Płomyku, wtedy również dostałam pierwsze
honorarium. Byłam z siebie naprawdę dumna! Potem Świat Młodych i jego Liga
Reporterów, potem wygrana w konkursie Gazety Olsztyńskiej, jeszcze tej dawnej,
sprzed niemieckiej transformacji. Konkurs nosił tytuł „Tu mieszkam” i trzeba było
napisać opowieść, w której przekaże się lokalną historię jakiegoś miejsca.
Mieszkałam wówczas na osiedlu Parkowym i napisałam opowiadanie o tym miejscu.
Przed wojną był tu tak zwany koński targ, a w latach 70.tych powstało pierwsze
w mieście nowoczesne osiedle. W spisaniu lokalnej historii pomogły opowieści
mojej mamy, która przybyła tu spod Wyszkowa, i autochtonów, którzy mieszkali w
okolicy. Moja praca spodobała się, zostałam laureatką konkursu, odebrałam w
redakcji nagrodę i to mnie upewniło w wyborze mojej życiowej drogi. Potem, już
w liceum, była współpraca z Na przełaj i… ścienna gazetka. Należałam wówczas do
– tak się to wtedy nazywało – sekcji propagandowej w samorządzie szkolnym i
razem z koleżankami Anią i Jolą 
próbowałyśmy rozśmieszać naszych kolegów wystawami karykatur i
opowiastkami z życia szkoły. Piękne to były czasy!


Koniec liceum zbiegł się z
uwolnieniem” prasy. Powstawała prasa lokalna, wszyscy stawialiśmy w tej
dziedzinie pierwsze kroki i jakoś od razu „wkręciłam” się w pracę. Bardzo mi
się to podobało, trochę też i dlatego, że mogłam żyć sprawami naszego miasta.
Być dziennikarzem z naszych stron. Byłam nim przez wiele lat. Zajmowałam się
jeszcze wieloma innymi rzeczami, bo w życiu nie jest tak słodko i łatwo, jak by
się chciało. Miło wspominam czas, gdy byłam opiekunką osób starszych. Ich
opowieści noszę wciąż sobie, niektóre z nich już ujrzały światło dzienne, jak
na przykład historia pani Zosi i jej rodziny, która spisana w formie
opowiadania otrzymała nagrodę w konkursie literackim.


Swoją powieść nosiłam w sobie
wiele lat, dojrzewała stopniowo, najpierw jako cykl felietonów pod tytułem
„Prowincja pełna złudzeń”, w których trochę narzekałam, potem jednak moje
spojrzenie na świat nabrało innych, jaśniejszych kolorów (Wiek? Doświadczenie?
Ciekawe i inspirujące osoby na mej drodze?) i moja prowincja stała się
prowincją pełną marzeń. Na dodatek spełnionych. Chciałam, by ta powieść była
związana z historią tej ziemi, którą interesowałam się zawsze, choć w ostatnich
latach wyjątkowo intensywnie. Mazurska ziemia to tygiel wyznaniowy i kulturowy,
ciekawe miejsce to zamieszkania i… zakochania się. W mojej powieści jest bowiem
miejsce na miłość, bo powieść musi ją mieć, jest też miejsce na pokazanie, że prowincja
może być piękna. Że tu też jest jakieś życie, że tu ludzie tak samo kochają się
i borykają ze smutkami, że można żyć spokojniej i bez kompleksów małego
miasteczka.W pisaniu książki miałam jedną
ważną inspirację. Otóż jedenaście lat temu spotkałam Niemca, który przyjechał
do Mrągowa na camping. Kiedy kolega, który tam pracował, spisywał dane tego
człowieka, zauważył, że ma wpisane miejsce urodzenia – Sensburg. Czyli
przedwojenne Mrągowo. Kolega zadzwonił do mnie, ja poprosiłam go o to, by mówił
mnie z tym Niemcem. Niemiec się zgodził i wspólnie z kolegą (bo znał niemiecki)
spotkaliśmy się w nieistniejącym już „Milano”. Niemiec opowiedział mi historię
swego życia, a potem wyruszyliśmy szlakiem jego dziecięcych wypraw, przygód,
wędrówek. To on opowiedział mi o tym, jak spóźnił się na Gustloffa, który tej
nocy zatonął. To właśnie jego historia jest jednym z ważniejszych momentów
mojej powieści, choć syn Martin, poszukujący swoich korzeni, jest już postacią
fikcyjną. Napisałam wówczas reportaż, jednak ta opowieść zapadła we mnie tak
głęboko, że postanowiłam ją ożywić jeszcze raz, pod postacią książki.
To, co opisałam w powieści, nie
jest moją biografią. Ta książka jest artystyczną kreacją, a życie mnie tylko
częściowo inspirowało, tak mogło się jednak stać. Nie znam niemieckiego, którym
moja bohaterka posługuje się biegle. Opisałam jednak to, co znałam, o co się
częściowo otarłam, bo podobno każdy autor w pierwszej książce zostawia
najwięcej z siebie. I bardzo dobrze. Przeżyłam, jako moja bohaterka Ludmiła,
utratę pracy, bezrobocie, nagle znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Moja
bohaterka jakoś sobie radzi, a jej jedynym źródłem utrzymania staje się…
Allegro. Sprzedaje na aukcji internetowej rękodzieło i ubrania, potem zakłada
firmę. Cieszę się, że Allegro zgodziło się objąć patronatem moją powieść i że
jest to pierwsza powieść z jego patronatem!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ciągle pada…

19 cze

zachód słońa na prowincji jest po prostu... prawdziwszy...

Zachód słońca na prowincji jest po prostu… prawdziwszy. Tak sobie pomyślałam w bezstrosce, ciesząc się z lekkiego przeblasku słońca… A tu… chmury… No i jak nie kojarzyć Mazur z padaniem? Potrzeba było powrócić pod bezpieczny dach mego drewnianego domu, by przez szybę jedynie patrzeć na świat… Mam jednak w domu coś, co trzyma mnie jak magnes. Są to… małe psy, urodzone w nocy z 15 na 16 czerwca, a więc zaledwie kilkudniowe! Ślepe jeszcze, pełzające na wypełnionych mleczkiem mojej labaradorki Lusi, poznają z wona świat pełen zapachów i dźwięków. Nawet mój rudy kotek Dyzio Marzyciel zerka na nie z zaciekawieniem, Lusi jednak wyraźnie daje mu odczuć, by nie był zbyt nachalny wobec małych i nie pchał swojego różowego noska w nieswoje sprawy. Bo co też taki Dyzio może wiedzieć o psim macierzyństwie? Nic. Nie dane mu będzie nawet kocie tacierzyńtwo, bo został pozbawiony kłopotliwych atrybutów w trosce o jego ewentualne zawałęsanie się w świat daleki i pozostawienie domu bez kot. A kot na wsi potrzebny jak nie wiem co. Dyzio zwalacza uparcie wszelkie gryzonie. Zrobił to nawet dziś – rozprawił się z jakąś myszą niesforną. Trochę żal mi ich, ale syn mój Mateusz uważa, że Dyzio po prostu tępi szkodniki. Nie chcę nawet myśleć, że jakaś niepokorna mysz przyszłaby do mego domu lub nawet do małych szczeniąt!
Lusi szybko wraca do zdrowia, właściwie jest już w nim, radosna, z merdającym ogonkiem i podrzucająca nam te swoje szczeniaki dość często. Widać, zaufanie ma do nas ogromne, bo tylko patrzy, żeby czmychnąć na pola, zachodzi jedynie czasem do swojego pokoju (pieskowni) i patrzy, czy małe śpią. Jeśli śpią, to dalejże dalej w pola, do Doda sąsiadów!
Fajnie mieć zwierzaki. Lubię, gdy psy rozpoczynają swoje wieczorne poszczekiwania. Czasem Lusi się przyłącza, jakby zapoznawała się z nimi, bo całkiem jest tu na wsi, nowa. Rano z kolei prym wiodą ptaki, różnorakie, mewy krzyczą nad stawem, sroki skrzeczą po swojemu jak gderliwe staruszki, a na kamieniach, składowanych w roku działki, przysiada czasem kukułka. Ostatnio dwie kukułki wplątały się w jakiś spór z trzema srokami i aż poleciały w te pędy do Świątyni Dumania, czyli miejsca zakrzaczonego i zarośniętego dębami i brzozami, na wprost mego okna salonowego. O Świątyni Dumania napiszę nieco więcej następnym razem, bo miejsce to szczególne i bogate w piękno. W sam raz do prowincjonalnego dziennika. A póki co – pomyślę, jak spędzić piątą już w moim nowym domu sobotę i czy dane mi będzie znów pocieszyć się naturą, jak pewnej drugiej soboty, gdy obok Świątyni Dumania ujrzałam… Ale to już temat na inne rozważania….

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odczarowywanie prowincji

18 cze


Witam w Dzienniku Prowincjonalnym. Powstał po to, by odczarować mazurską prowincję. Inspiracją dla dziennika byłat moja powieść „Prowincja pełna marzeń”, która od 1 lipca ukaże się w księgarniach i empikach oraz w sprzedaży wysyłkowej (Merlin, Allegro). Niedawno, bo 16 czerwca w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu odbyła się pierwsza promocja mojej książki. Po raz pierwszy publicznei mówiłam o niej i… dziękuję wszystkim, którzy mnie wysłuchali. W planach kolejne spotkania promocyjne – w moim rodzinnym Mrągowie już 11 lipca, w sobotę o godzinie 16.00. Spotkanie odbędzie się w Bibliotece Miejskiej. O kolejnych będę pisać na bieżąco.


 Czy można odczarować
prowincję? Tak, żeby stała się miejscem magicznym, pełnym marzeń i nadziei, a
nie tylko gniazdem ludzi o małomiasteczkowych poglądach, ciekawskich i
skupionych na życiu bardziej innych, niż swoim? Żeby tym z dużych miast nie
kojarzyła się z tandetą, zaściankiem czy nudą, a z miejscem, w którym tętni
normalne życie, czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i
laptopów na kawiarnianych stolikach. Żeby uwierzyli, że na prowincji może być
fajnie.


Może by jakoś odczarować to słowo, żeby pokojarzyło się
cieplej, sympatyczniej. Żeby z dumą można było powiedzieć: u nas na prowincji…
W oswajaniu tej mojej prowincji ma pomóc Dziennik Prowincjonalny, który, może
pod wpływem szczególnej więzi, jaka połączyła mnie z bohaterami mojej pierwszej
powieści pt. „Prowincja pełna marzeń”, a może pod wpływem czasu, który gna i
wybiera coraz szybsze formy komunikacji, zaczęłam pisać dziś, gdy księżyc do
16.21 częstował swoją siłą twórczą wszelkie owoce czerwcowe, a po godzinie tej
zaczął wzmacniać korzenie. Magia Mazur… Jest dotykalna i wszechobecna, pod
warunkiem, że zobaczy się ją w prostocie świata, który nas otacza.


 


Wcale niełatwo jednak na tych Mazurach. Deszcz pada już od
kilku tygodni, wiem, bo ostatniego dnia pogody, jeszcze w maju, zawezwałam do
mojego Popowa koparkę z koparkowym, by mi wspólnymi siłami wyrównali ziemię za
domem. Ziemia ta ma być przyszłym miejscem upraw warzywnych, co w obecnej
sytuacji może stać się nieprędko, bo deszcze od miesiąca nie odpuszczają i
warzywnika nijak wykonać nie można. Szkoda, 
czerwiec w pełni, czas wzrostu, a u mnie na wsi nie było nawet
siewu!  Moje auto z napędem na cztery koła
(trzeba było takie kupić, bo przez błota do domu trudno inaczej dojechać) ma na
stałym wyposażeniu, obok jakiejś tam klimatyzacji, przede wszystkim niebieskie
gumaczki, dzięki którym śmiało i suchą stopą przemierzam odległość z domu do
auta. No i dobrze. Zachciało mi się wsi, jak świeżego pachnącego łąką mleka i
nie mogło być inaczej. Musiała ta wieś się stać. Bo przecież trzeba mieć w
swoim życiu miejsce, w którym będzie robiło się rzeczy naprawdę potrzebne.
Miejsce, które najpierw będzie marzeniem, utkanym z ulotnych myśli i nadziei, a
potem, dzięki niewytłumaczalnym, a jakże potrzebnym splotom okoliczności,
przemieni się w dotykalną rzeczywistość.


 


Zapraszam Was do wędrówki po prowincjonalnych dróżkach i
groblach…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii