RSS
 

Notki z tagiem ‘rukola’

DOMOWANIE na zielono

06 cze

Domuję. Lubię to robić, gdy wracam z podróży i życie naturalnie uspokaja się. Oczy zachodzą mgłą wolnego czasu, zaprzyjaźniam się z porankami, ogrodem „zadomowym” i spotykam tylko czasem z ludźmi, ale NIENACHALNIE. Dziś poświęciłam czas na zieloność. Śniadanie – sałata z awokado, paluszków krabowych,  ogórka oraz rzodkiewki, rzeżuchy i szczypioru prosto z grządki, z odrobiną majonezu i jogurtu, dosmaczona świeżo mielonym pieprzem. Potem przerwa na świeże rośliny do wazonu: kwitnącą przy tarasie kalinę i łodyżki panoszącej się w ogrodzie mięty. Czyli mięta z wanilią… A na obiad – makaron zielony. Garście komosy (lebiody), rzeżuchy, rukoli, szczypioru czosnkowego, kolendry i bazylii udusiłam na oliwie, dodałam czuszki i garść kaparów. Na koniec tuńczyk w dużych kawałkach. Wymieszałam wszystko dokładnie i… pycha gotowa! Zagryzana rzodkiewką czyli, jak się na Kresach mawiało: redyską. Zdrowe i… własnoręcznieogrodowe!

Sałatka śniadaniowa… Pyszność na poranek!

Piękny wazon – prezent ze spotkania z Czytelnikami w Łukowie.

Makaron zielony. Lebioda i wszystko inne z ogródka w nowym wydaniu!

A po uczcie smakowej wieczorna uczta słowna. Miła rozmowa z Arturem Cieślarem:

- Dziś, jak nigdy wcześniej tak dojmująco, uświadomiłem sobie, że jestem genetycznie obciążony (choć może to wolność) nomadyzmem – moi dziadkowie za sprawą zawieruchy wojennej zmieniali miejsca co rusz, mój tata wciąż na statkach, daleko hen… – nikt nie mieszkał tam gdzie się urodził. Czuję się wykorzeniony, albo nigdzie niezakorzeniony. jestem stamtąd, ale tam już nie jestem, jestem tutaj, ale nie stąd. dobrze jest chociaż posiadać na własność własny umysł/duszę. To refleksja po wizycie u Mai, która żyje w stuletniej willi milanowskiej, gdzie spędziła dzieciństwo, i do której wróciła po latach).

Ja:

- Art… To piękne. Myślę teraz o tym. I wiesz… Nomadą czuję się w lesie. Bez stałego miejsca zamieszkania, bo lasu nie można mieć przecież na stałe. Wciąż się zmienia; inny jest w listopadzie, a inny w lipcu. Jego zmienność nie pozwala na dobre zakorzenić się i osiąść. W każdej chwili na pustej dotychczas polanie może wyrosnąć nagle wiotka brzoza, kłębowisko olszyn lub rozczapierzony świerk.
Las jest najbardziej niewinny wiosną; bezbronny, niczym wyklute z jajka pisklę. Wraz z nastaniem ciepłej pory nabiera pewności siebie, ogromnieje, by potem, pod koniec jesieni za nic już mieć ludzką i zwierzęcą obecność. Panoszy się po swojemu – gałęziami pełnymi liści i igieł, wydawanymi na świat owocami, wyrosłymi ponad mech korzeniami. Nawet silne widłaki bledną jesienią; zdominowani przez las pionierzy leśnej ściółki. Art… tak naprawdę… dobrze być Nomadą.

PS. Urządzajcie sobie różne zielone uczty. I smakowe, i słowne. Mamy dobry na nie czas! Piękny, czerwcowy!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zielono na talerzu

05 lip

Oj, zielono mi się robi na talerzu! W ogrodzie zaczyna szaleć kłębowisko warzyw i ziół, jest więc co jeść i czym popijać :). Codziennie rano w roboczym stroju schodzę do moich zielonych dzieci, czyli na zagonki, i sprawdzam, co przez noc urosło. Och, przez jedną noc może urosnąć naprawdę masa zielonego. Na przykład chmiel chiński dopiero co wprowadzałam na wierzbowy konar, a teraz pnie się już na prawie jego końcu. I dojdzie do domu niebawem, by zazielenić gałązką ścianę. Cukinie i kabaczki przez noc wypuściły koronki młodych listków, tymianek – rozrósł się nieco, po oderwaniu gałązek do sałat i oliwy. Mięta i melisa też sobie poradziły po postrzyżynach. Zrobiony z listków syrop do kawy lub herbaty drzemie w słoiczkach, a już nowe liście wyrastają i znów trzeba kupić cukier i „napędzić” syropu.
Masę radości sprawia mi rukola, sałata, którą szczególnie cenię za jej mocny, ciężkawy smak. Moja ulubiona! Nasiałam jej w międzyrzędziach, w sąsiedztwie wielkiej dyni i kabaczków, rośnie wraz z koprem, żeby wyrywać do sałat razem, nie wybierać, bo rukola z koprem to specjał! Codziennie rano, zaraz po powitaniu ogrodu, wyjadam tę rukolę jeszcze na zagonach, rozkoszując się jej smakiem, potem zbieram listki na śniadanie. Docieram do ogórecznika – który można używać podobnie jak szpinak (szpinak mi się nie udał, bo przyszła powódź ze stawu i zalała, ale spróbuję wysiać jeszcze raz), na świeżo do sałat, albo smażony do potraw – zbieram kilka listków, a potem dodaję garść dorodnej natki pietruszki i… można myśleć o śniadaniwym omlecie! Tnę to wszystko razem nożyczkami, bo najszybciej, wrzucam dwa jajka i łyżkę mąki gryczanej lub razowej, odrobinkę sody (dla pulchności) i soli, mieszam i wylewam na patelnię. Dodaję na wierzch plasterki sera, który zatapiam w cieście. Gdy się już dół usmaży, przerzucam łopatką, jeszcze tylko chwila i zielony omlet gotowy! Można go zrobić dosłownie ze wszystkiego. Ogórecznik i rukola to nie jedyne zieloności. Doskonały ze szpinakiem, a kiedyś spróbowałam nawet z sałatą i mniszkiem i… też dobry! Do popicia kolejna rewelacja prosto z ogródka: koktail truskawkowy z jogurtu (kefiru lub maślanki, co kto woli), z dodatkiem listków mięty i arbuza. Nie da się powiedzieć, jaki to ma smak! Tylko arbuz nie pochodzi z zagonków – reszta jest całkiem moja!
I na poranną kawę na tarasie najlepsza z włoskiej kafeterki (innej kawy nie uznaję) z dodatkiem czubeczków młodej mięty (wrzucam razem z kawą, zaparza się ta kawowo – miętowa esencja już razem) i „gwiazdki” kolendry. Do tego brązowy cukier i mleko. Uwielbiam skondensowane. Zawsze łyżeczkę wypijam samego.
Śniadanie marzeń. Jedzone na tarasie, w słońcu i z jaskółkami – nie ma chyba nic lepszego, niż takie poranne doładowanie duszy i ciała. A teraz… do pisania. Żeby myśl nie uciekła!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii