RSS
 

Notki z tagiem ‘sandomierz’

Sandomierz w Prowincji…

11 sie

Fragment „Prowincji pełnej slońca”, ten o Sandomierzu, posyłam na dziś, bo on również z dziś:

Poszliśmy na Zamek, do Wąwozu Królowej Jadwigi, który zrobił na nas wrażenie jeszcze większe niż Kazimierski, choć był znacznie krótszy, a potem na kolację do restauracji o wdzięcznej nazwie „Kawiarnia wraz z garkuchnią. Staromiejska”, która istnieje tu niezmiennie od 1921 roku. Liczyłam na dobre jedzenie i międzywojenny klimat. Częściowo moje oczekiwania zostały spełnione.
- Dobrze nam, że możemy tak podróżować i jeść w różnych miejscach, poznawać nowe smaki i nowych ludzi – powiedziałam do Wojtka. Smakowaliśmy bursztynowe piwo w regionalnego browaru i było tak przyjemnie i spokojnie. Obok nas przy stoliku siedziała staruszka, zasuszona pięknie jak kwiatek w zielniku. Elegancko ubrana, siwe włosy miała ułożone w przedwojenne fale.

- Wietrze wiosenny, ty mi odsłonisz
Z mgieł i oparów piękny Sandomierz,
Rozdmuchasz kwiaty i bzy zapalisz
I na Browarnej, i na Podwalu… – wyrecytowała patrząc na nas.
- To Iwaszkiewicz.  – Dodała.
Zapytała, czy jesteśmy turystami. A potem opowiedziała, że jest emerytowaną polonistką, mieszka w Sandomierzu od urodzenia, jednak wciąż niezmiennie to miasto fascynuje ją.
- A przy tym zegarze słonecznym na rynku całowałam się pierwszy raz – westchnęła ciężko, jakby od tego wspomnienia dzieliły ją lata świetlne.
- W podróży najważniejsze jest przeżycie. Sandomierz jest na trasie Świętego Jakuba. Szli nią pielgrzymi do Santiego de Compostela. Wszyscy chcieli zmienić życie. Ta wędrówka była wewnętrznymi rekolekcjami. Zadbajcie również o to, by ta podróż was zmieniła…
Staruszka wstała nagle od stolika. Wydawało mi się, że wręcz pobiegła, na miarę swoich sił. Na pewno to biegła w niej dusza, podczas gdy ciało uważnie stąpało po kamiennych schodkach. Na chwilę zatrzymała się przy zegarze słonecznym, a potem zniknęła w rynku, między ławeczkami pełnymi turystów, zaraz za studnią obleganą przez młodzież.
Spojrzeliśmy się na siebie i uśmiechnęliśmy.
- Jaka miła pani…
- Jaka mądra.
- Jakby była nie z tego świata.
- Może nie była z tego…?

Piliśmy dalej swoje piwo, jedliśmy kolację, ale wciąż nasze myśli wracały do tamtej staruszki. „W podróży najważniejsze jest przeżycie… Zadbajcie również o to, by ta podróż was zmieniła…”
Bardzo tego chciałam. Liczyłam na to, że wraz z moją zmianą przestanę myśleć o Martinie, który mnie skrzywdził i zranił na całe życie. Nieznośnie i wbrew sobie wracałam myślami do niego, choć wydawało się, że wszystko, co najgorsze, już za mną. Chciałam bardzo nie tylko mu wybaczyć, ale i go zapomnieć. To jednak nie było takie łatwe.
Nazajutrz rankiem, po nocy na niewygodnych ciasnych tapczanikach, wyruszyliśmy w dalszą podróż.
- Może być Zamość? – Zaproponował Wojtek.
- Jasne, skoro jesteśmy tak blisko!
Zatem Zamość. Podobała mi się coraz bardziej ta podróż w nieznane, bez planów i rezerwacji miejsc w hotelach. Byliśmy wolni jak ptaki pod czerwcowym niebem.

Wiersze na dziś:

Wiersz od Beaty –

samotność pusta punktualna publiczna
triumfy smutku
nowe ordery medale
w blaskach fleszy
niedopałki papierosów
kieliszek wódki
samotność bezdenna bez serca bez końca
hejnały niewiary
nowe brzemienia dźwięki
w chłodzie ściany
pokos traw
parku ławki
samotność punktualna
nie w porę

Muzyka na dziś: Sambor Dudziński „Chcę do Ciebie” - od Magdy
Zadanie na dziś: upominanie mego kota Dyzia Rudego Całkiem, że nie przystoi takiemu Kotu jak on bałaganienie na stole z notatkami pańci.

A z Sandomierza bliżej mi już do Ustrzyk Dolnych… Zaparkowałam przy Bibliotece. Bo chyba lubuę Biblioteki…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tylko ojca Mateusza nie było…

05 lip

Najpierw był Zamość. Ten z piosenki Marka Grechuty. Stamtąd pochodzi moja przyjaciółka Monika i to ona „zaraziła” mnie Zamościem. Uroczy Rynek Główny, a obok niego Rynek Solny. Na którym naprawdę handlowano solą!


Z przymrużeniem oka. Jak przez dziurkę od klucza – schody ratuszowe w Zamościu. Piękne i monumentalne.

I dom Marka Grechuty. Kamienica nieduża na Grodzkiej.

A potem Sandomierz….

Sandomierz postanowiłam odwiedzić choćby po to, by porównać jego wizerunek z tym, co na szklanym ekranie. Zaintrygowała mnie pochyłość Rynku – po której Artur Żmijewski zjeżdża na swoi rowerze, powiewając sutanną jak czarnymi skrzydłami. „Czy to możliwe, że sandomierski Rynek jest taki hm… skośny?” – zadawałam sobie pytanie. I jest! Najbardziej pochyły Rynek, jaki kiedykolwiek widziałam. W niskiej zabudowie, jakże inny od tego w Cieszynie, który przywodzi na myśl przedwojenny Wiedeń.
W tej pięknej pochyłości człowiek zachwyca się uliczkami. Gdzie się nie zajrzy – Sandomierz piękny jest. A Wąwóz Królowej Jadwigi… Ach, chyba jeszcze piękniejszy, niż ten w Kazimierzu Dolnym!


Sandomierskie zaułki… Przepiękne.

Urocza kawiarenka… Znakomity sorbet z truskawek tu jadłam! Coś w rodzaju coctailu! A cukier był w dozowniku! Jak w czasachmego dzieciństwa.
Sandomierz… A stąd już tylko do Sanoka i dalej w Bieszczady!
Krętością górskich dróg mnie witały. Jak widać na GPS :))

O Bieszczadach jeszcze napiszę… I o spotkaniu w Wetlinie z moją Czytelniczką Ewą.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii